
Obecnej władzy jak na razie z marnym skutkiem udaje się rozliczyć poprzedników za nadużycia, ale za to w zamian funduje nam kolejne. Życie nie znosi próżni, a każda władza ma swoich Misiewiczów. I tak dotychczas nikomu nie znany Dawid Kacprzyk, 29-letni warszawski radny pomimo braku kompetencji został koordynatorem SOR-u w Warszawskim Szpitalu Południowym. Tym samym, którym Rafał Trzaskowski chwalił się w kampanii prezydenckiej. Zresztą, Prezydent Warszawy zaprzecza jakoby miał wiedzieć o jakichkolwiek nieprawidłowościach, bo też według niego żadne informacje do niego nie docierały. Problem polega na tym, że istnieje korespondencja z ordynatorem chirurgii z tego szpitala (który zresztą został z niego zwolniony), z której jasno wynika, że kontaktował się z Prezydentem Warszawy w tej sprawie. Tak więc chyba nie do końca nie był poinformowany, na pewno jednak nie zareagował, bo nieodczytanie wiadomości to też brak reakcji.
Okazuje się, że w naszym kraju nie wszystkim rezydentom wiedzie się źle, wystarczy tylko zapisać się do partii. Im szybciej, tym lepiej, w końcu nie ma sensu z karierą zwlekać. Wówczas nawet brak specjalizacji nie stanowi problemu, by zajmować stanowisko koordynatora SOR-u i zarabiać tyle, ile doświadczony lekarz. Zwłaszcza, gdy posiądzie się umiejętność bycia w dwóch miejscach naraz. Kacprzyk na przykład w tych samych godzinach, w których wedle grafiku miał mieć dyżur, jednocześnie występował w Telewizji Publicznej, czy też brał udział w głosowaniu wyborczym. A z tego względu, że pracował ponad ludzkie możliwości, otrzymywał też niebotyczne wynagrodzenie. Przyjmował nie tylko ludzi czekających wiele godzin w kolejkach, ale też nadprogramowo swoich znajomych z partii. Mało tego, zorganizował dla nich osobne pomieszczenie tak, by nie irytować ,,szaraczków”, w końcu wiemy jacy to ludzie potrafią być małostkowi i zawiśli.
Zakładając nawet, że Kacprzyk kierował się tak zwaną zasadą ordo caritatis, czyli porządkiem miłości, który nakazuje troskę najpierw wobec rodziny i najbliższych, a w dalszej kolejności względem narodu i świata, to niestety hierarchia ta nie powinna mieć zastosowania w usługach publicznych, do których szpital należy. Jakkolwiek kontrowersyjnie by to nie zabrzmiało, wszyscy ludzie, którzy łożą na NFZ powinni być traktowani jednakowo. Jeżeli Dawid Kacprzyk chce przyjmować swoich kolegów bez kolejek i za darmo, to śmiało, niech robi to w swoim prywatnym gabinecie, pieniądze już ma, odzyskał nawet pół miliona, które wcześniej zobowiązał się zwrócić na konto szpitala. Publiczna służba zdrowia powinna być natomiast wolna od ludzi, którzy przez swoje życzliwe względem kolegów zachowanie narażają życie i zdrowie pacjentów.
Właśnie, przypadek pana Kacprzyka nie jest szczególny. Nie od dzisiaj wiadomo, że kolejki magiczne się skracają wprost proporcjonalnie do zawartych znajomości z personelem medycznym. I proceder ten nie narodził się wraz z Platformą czy Prawem i Sprawiedliwością, ale był obecny na długo przed powstaniem tych partii, stąd choć wywołuje irytację, to jednocześnie wpisuje się w krajobraz świadomości obywateli.
Każda zaś dyskusja na temat poprawy służby zdrowia kończy się tym, że trzeba zwiększyć na nią nakłady, bo problemem jest niedofinansowanie. Zarobki rezydenta bez specjalizacji skłaniają do refleksji czy na pewno w tym tkwi problem, bo kolejki dzięki temu przeciętnemu podatnikowi się nie skróciły. Zresztą przykładów jest więcej, w Zielonej Górze lekarz, a także radny inkasował podobnie wysokie wynagrodzenia, tak samo jak ortopeda z Grójca, który jednocześnie pracował w kilku placówkach na wysokich stanowiskach, a i te przypadki nie wydają się być wyjątkami. W ogóle należałoby się zastanowić jak rozwiązać problem dualizmu służby zdrowia, który prowadzi do patologii. Lekarze często, by więcej zarobić, korzystają z luk w systemie i pracują na kilku etatach, kosztem swojego zdrowia, ale też pacjentów, których nierzadko przyjmują w stanie permanentnego zmęczenia. Według wyliczeń opublikowanych przez portal Zero.pl Kacprzyk miał pracować średnio 331 godzin miesięcznie, co przekłada się na 11 godzin dziennie bez dnia wolnego. Nawet jeżeli jest to dalekie od prawdy, to sam fakt, że było to „teoretycznie” możliwe, wzbudza kontrowersje. Podobnie jak to, że istnieje niepisana zasada polegająca na tym, że dany lekarz w ramach wdzięczności za odwiedzenie jego prywatnego gabinetu potrafi przyspieszyć wizytę, bądź zabieg, w publicznej placówce, w której również pracuje. Z drugiej strony, gdyby istniał zakaz pracy w dwóch sektorach, z niemal stu procentową pewnością lekarze wybieraliby prywatną praktykę, co zwłaszcza w małych miejscowościach mogłoby doprowadzić do likwidacji przychodni NFZ, a tym samym wykluczyć z systemu tych, których nie stać na leczenie.
Wizerunkowo oczywiście afera nie sprzyja Koalicji Obywatelskiej, zwłaszcza kiedy na światło dzienne wypłyną nazwiska osób, które korzystały z przywilejów medycznych, z tym że nawet wówczas nie zapowiada się na powtórkę z 2014 roku, w którym to tzw. afera ośmiorniczkowa przyczyniła się do przegranej w wyborach Platformy Obywatelskiej. Z jednej strony dlatego, że inflacja afer nie robi już takiego wrażenia na Polakach, tym bardziej że nikt nie ponosi za nie odpowiedzialności karnej, a po drugie z tego względu, że do wyborów zostało jeszcze kilka miesięcy, a więc do tego czasu istnieje duże prawdopodobieństwo, że nikt o incydencie ze Szpitala Południowego nie będzie pamiętał.
Choć nie powinno się w tym przypadku stosować zasady pars pro toto, a Polskę stać jeszcze na przyzwoitych lekarzy, to sam problem istnieje i trzeba było go rozwiązać dawno temu. Nie tylko poprzez ustawę pozwalającą ministerstwu sprawdzić ile dany lekarz zarabia, ale też poprzez wprowadzenie limitu stawki godzinowej na kontrakcie NFZ, zwłaszcza że wysokie zarobki lekarzy nie zawsze przekładają się na jakość, często zadłużonych, szpitali. Z tym, że do tej pory jakiekolwiek zmiany w tym zakresie były niepopularne politycznie. Lekarze, to też w końcu elektorat, a biorąc pod uwagę niepewne sondaże nie można pozwolić sobie na utratę potencjalnych wyborców.
Stąd według polityków Koalicji Obywatelskiej żadnej afery nie ma, a sygnalista, czyli dr Emil Jędrzejewski wzbudza podejrzenia, bo nie zgłosił najpierw sprawy do prokuratury, był od jakiegoś czasu w sporze prawnym z szpitalem, a poza tym według doniesień prasowych miał również pracować nie do końca w tych godzinach, które widniały w grafiku. Pomijając uczciwość i motywy ordynatora chirurgii, afera niezaprzeczalnie jest, a zbulwersowana opinia publiczna raczej tak szybko jak chciałby rząd nie rozejdzie się do domu.
Z tym, że choć wyborcy obecnej władzy są dużo bardziej krytyczni wobec tego rodzaju praktyk niż wyborcy opozycji, to w dobie polaryzacji nic nie jest pewne. W końcu od jakiegoś czasu większość ludzi nie głosuje za jakąś partią, tylko przeciwko drugiej. Jeżeli zaś obie nie są krystalicznie czyste i mają swoje za uszami, to wybór odbywa się raczej na poziomie estetycznej przynależności bądź jest efektem lęku przed alternatywą niż konkretnej praktyki.
Andy Warhol profetycznie stwierdził, że w przyszłości każdy będzie miał swoje pięć minut sławy. Artysta miał na myśli raczej naturszczyków czy domorosłych celebrytów, ale przypadek Kacprzyka również mógłby się do tego zaliczyć. Jego kariera równie szybko wystrzeliła, co zgasła, a sława no cóż, choć nie do pozazdroszczenia, to bez wątpienia jest. Choć w dobie nadmiaru informacji nie będzie trwała wiecznie, co Kacprzykowi może służyć za pocieszenie, ludziom umierającym w kolejkach już niekoniecznie.