Od wybuchu wojny na Ukrainie minęły już cztery lata i jak na razie nic nie wskazuje na to, by piąty był tym ostatnim. Rozmowy negocjacyjne utkwiły w martwym punkcie, a to co dzieje się na froncie różni się w zależności od przekazu. Od 2022 roku zdążyli zmienić się już przywódcy USA, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Czech, Słowacji, Polski, Rumuni i Węgier, Wołodymyr Zełenski zaś trwa na swym stanowisku niezmiennie. I o ile na początku wojny był postrzegany przez świat Zachodni jako mąż stanu, który bohatersko nie opuszcza ojczyzny, nawet wówczas gdy spadają na nią bomby, to z czasem w optyce państw zachodnich stał się irytującym petentem.

Polityczna wersja Grety Thunberg

Podczas pamiętnej wizyty w Białym Domu na początku 2025 roku, gdy Donald Trump beształ Zełenskiego na oczach całego świata, miało się wrażenie pewnego niesmaku. Podobnie, gdy Amerykanie zażądali od Ukraińców dostępu do minerałów ziem rzadkich takich jak lit i kobalt w zamian za gwarancję bezpieczeństwa. Znów było to postrzegane jako bezdusznie transakcyjne podejście Trumpa do polityki. Z tym, że w rzeczywistości Ukraińcy jeszcze za prezydentury Joe Bidena sami zaproponowali takie rozwiązanie. Trump tylko postanowił z niego skorzystać, czym zaskoczył Zełenskiego, tym bardziej, że zażądał tego dostępu za już udzieloną pomoc, nie zaś przyszłą. Prezydent USA ma osobistą zadrę do Zełenskiego z jednej strony za to, że nie chciał przekazać kompromatów na syna Joe Bidena w trakcie kampanii wyborczej w 2019 roku, a z drugiej, że według niego prezydent Ukrainy wmieszał się w kolejne wybory, odwiedzając fabrykę amunicji w Scranton (sympatie Zełenskiego wobec Kamali Harris nie były wówczas tajemnicą), stąd nie miał skrupułów. Z tego też względu niejednokrotnie sugerował zmianę na szczytach ukraińskiej władzy, łącznie z zamachem stanu, który proponował czy to Petrowi Poroszence czy Julii Tymoszence. Trump oczywiście znany jest ze swojej oryginalności, gardzenia konwenansami i małostkowości, która w tym przypadku wzięła górę, ale mimo wszystko nikt nie spodziewał się takiego przebiegu wydarzeń. Szok był tym większy, że do tego czasu Zełenski był witany przez polityków świata zachodniego z podziwem i honorami jak polityczny heros, a każde jego słowo przyjmowano bezkrytycznie.

Pomijając obcesowość Trumpa, być może to on jako pierwszy wyartykułował problem, który był już widoczny od jakiegoś czasu, ale nikt nie zdołał się z nim skonfrontować. Mianowicie Zełenski nie prosi o pomoc, ale jej żąda przez co porównywany jest do szwedzkiej aktywistki Grety Thunberg, a ponadto nierzadko gardzi tymi, którzy go wspierają. Kiedy natomiast już dostanie to na czym mu zależy, nie uznaje zasady wzajemności, ani wdzięczności, choć prawdą jest, że przed Trumpem nikt wcześniej tego od niego nie żądał, tak więc była to roszczeniowość kontrowersyjna, ale przynosząca korzyści.

W nowej książce Zbigniewa Parafianowicza ,,Kłopot z Zełenskim” jeden z licznych rozmówców dziennikarza stwierdza, że prezydent Ukrainy jest ulepiony z tej samej gliny co Putin, Trump i Netanjahu. Charakteryzuje ich ta sama buta, przekonanie o nieomylności i wybujałe ego. Być może to prawda, z tym że w tym zestawieniu prezydent Ukrainy jest najsłabszym ogniwem, nawet Izrael nie pozwala sobie na taką zuchwałość. Według Zełenskiego Ukrainie należy pomagać bezwarunkowo, bo jak głosi ich propaganda to w ostateczności więcej Europa zawdzięcza Ukrainie, niż odwrotnie. O ile takie myślenie było jeszcze do przyjęcia w 2023 roku, to już dawno ten przekaz stracił na znaczeniu, a wizerunek liberała zbawiającego świat zaczął się rozmywać wraz z upływającym czasem. A w przypadku Ukrainy, która nie jest ani stowarzyszona z Unią Europejską, ani nie należy do NATO, a ponadto toczy wojnę z większym od siebie sąsiadem, oprócz nieugiętości i waleczności, ważna jest też pokora w stosunkach ze swoimi sojusznikami, od której pomocy jest zależna. Nieważne jak efektownie Zełenski będzie mówił o swojej armii i dronach, prawda jest taka, że bez amerykańskich map cyfrowych tymi dronami nie wiele zdziała i że jakiekolwiek sukcesy na froncie Ukraina odnosi nie tylko wyłącznie własnymi siłami, ale dzięki współpracy z państwami zachodnimi. A te coraz bardziej zmęczone są przedłużającą się wojną. Zwłaszcza Stany Zjednoczone wywierają naciski, by za wszelką cenę zakończyć konflikt, nawet kosztem utraty przez Ukrainę części terytorium, co jest z kolei nie do zaakceptowania przez Zełenskiego. Choć brzmi to cynicznie, to prezydent Ukrainy nie chce zrozumieć, że w polityce zdobywa się rzeczy możliwe, nie idealne i że powrót nie tylko do granic z 1991 roku jest niemożliwy, ale nawet do tych z przed obecnej wojny.

Chamstwo i chłodne kalkulacje, czyli sowiecka sztuka prowadzenia polityki

Zełenski nie tylko krytykuje Europę za jej życie snem o wiecznym pokoju, jak podczas szczytu NATO, ale też robi dużo, by umiędzynarodowić konflikt, tak by nie tylko Ukraina była obciążona wojną. Oprócz wywiadów, w których wieszczy gdzie i kiedy wybuchnie wojna, wysyła też drony na terytoria państw bałtyckich i Polski, by zachwiać poczuciem bezpieczeństwa swoich sąsiadów. Jak najbardziej jest to w interesie Ukrainy, a w końcu to tego państwa Zełenski jest przywódcą. Jednak dla nas istotnym jest, by konflikt nie rozszerzył się nie tylko na nasze terytorium, co jest oczywiste, ale też np. na terytorium Białorusi, co spowodowałoby kolejną falę migracji. Zresztą w tej kwestii bliżej nam do Łukaszenki, któremu również eskalacja nie jest na rękę, zwłaszcza, że doskonale zdaje sobie sprawę, że wówczas jego państwo będzie terenem przez który wojna się przetoczy.

Między innymi to z tego względu polski premier zadeklarował, że nie wyśle kontyngentu na Ukrainę. W odwecie Zełenski, choć początkowo popierał zmianę władzy w Polsce, bez wahania przystał na sugestię Friedricha Merza, by w podróży na spotkanie w Kijowie umieścić Tuska w innym pociągu niż resztę delegacji, czyli Keira Starmera, Emmanuela Macrona i kanclerza Niemiec właśnie. Zresztą nie jest to świeża taktyka upokarzania przez niego europejskich przywódców. Na początku wojny, by ukarać prorosyjskie sympatie niemieckiego prezydenta, podobnie postąpił w stosunku do Waltera Steinmaiera, a później też prezydenta Rumunii. Polacy odczuwali schadenfreude do momentu gdy nie zostali potraktowani równie obcesowo. Inną sprawą jest to, dlaczego Polska dała się wmanewrować w tego typu sytuację, skoro wcześniej miała już pełną świadomość czym będzie jechał polski premier, a ponadto posiadała narzędzia, by temu zapobiec. Można było, jak stwierdza jeden z rozmówców Parafianowicza, np. spowodować awarię, tak by wszyscy musieli jechać samochodami, albo w ogóle nie wsiadać do tego felernego pod względem wizerunkowym pociągu. Stało się niestety inaczej, pozostało mieć tylko nadzieję, że bolesne doświadczenie uczy nawet najbardziej opornych.

Zełenski jest bezwzględny nie tylko w stosunku do swoich zagranicznych partnerów, ale podobnie postępuje na arenie wewnętrznej. Bez skrupułów pozbył się Ihora Kołomojskiego po wygranych wyborach, mimo że to między innymi dzięki niemu je wygrał. Podobnie rzecz się miała z Andrijem Jermakiem, który na początku wojny był numerem dwa w zarządzaniu państwem, a ponadto jego bliskim przyjacielem. Choć akurat w tym przypadku nie miał pewnie wyjścia, po tym jak światło dzienne ujrzały taśmy Mindicza, z których jasno wynikało, że Jermak był uwikłany w działania korupcyjne. Jak można przeczytać z wypowiedzi osób, które wypowiadają się w książce sposób uprawiania polityki przez Zełenskiego jest silnie zakorzeniony w kulturze sowieckiej. Polega ona nie tylko na daleko posuniętej asertywności, ale też na brutalności w działaniu służb specjalnych, chamskim traktowaniu sojuszników i współpracowników, a nawet ich upokarzaniu. Ten sposób uprawiania polityki był już niejednokrotnie prezentowany przez Putina, np. wówczas gdy wypuścił psa podczas spotkania z Angelą Merkel, wiedząc że ta się ich panicznie boi, albo wówczas gdy kazał na siebie czekać jak w przypadku prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdogana. Zełenski również w takich kwestiach jest bezwzględny, to tylko polityka, nic osobistego. Liczy się kalkulacja i prestiż danego państwa, nie zaś osobiste zażyłości. Prywatnie ponoć Zełenski wciąż pozostaje w bliskim kontakcie z Jermakiem.

Z tym, że nie zawsze chłodna kalkulacja przynosi korzyści, o czym ukraiński prezydent mógł się przekonać. Pomylił się w stosunku do Petera Magyara i Tiszy, której pomógł zaocznie wygrać wybory celowo zakręcając na złość Orbanowi kurek rurociągu Przyjaźń, przez który płynie ropa do Węgier. Z tym, że nie zrobił tego bezinteresownie, bo ceną za odkręcenie kurka miało być odblokowanie dziewięćdziesięciu miliardów z budżetu unijnego na pomoc Ukrainie, które blokował Orban, a także dozgonna wdzięczność. Okazało się jednak, że Magyar nie jest skrajnie innym politykiem niż jego poprzednik (w końcu wywodzi się z Fideszu) i jeżeli chodzi o kwestię ukraińską nie zamierza ,,umierać za Kijów” tj. dostarczać broń i amunicję czy wysyłać tam swoje wojska, tym bardziej gdy stosowany jest wobec niego szantaż.

Podobnie prezydent Ukrainy przeliczył się w stosunku do zmiany władzy w Polsce, którą podprogowo popierał, a czego emblematycznym przykładem był wywiad, w którym to rzekomo nie mógł przypomnieć nazwiska kontrkandydata Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich. Być może Duda naiwnie wierzył w przyjaźń z Zełenskim, jednak to Zjednoczona Prawica najbardziej przyczyniła się do pomocy Ukrainie, mimo że później ją ograniczyła ze względu na ekonomiczny interes państwa. PiS nie tylko przyjął uchodźców, wysyłał broń i amunicję, udostępnił lotnisko w Jesionce za darmo jako hub logistyczny, ale też dzięki rządowi Morawieckiego Ukraina uzyskała dostęp do jednolitego rynku unijnego, co przerwał dopiero rząd Tuska. Z tej perspektywy niezrozumiała jest wolta prezydenta Ukrainy i orientowanie się na Koalicję Obywatelską. Być może jest to efekt tego powierzchownego stylizowania się na liberała w świecie zachodnim i przeświadczenie, że dzięki trzymaniu się z takimi politykami dużo więcej uzyska, bo będą kierować się nie siłą, a szlachetnymi wartościami. Tym samym łatwiej będzie ich ogrywać z perspektywy uprawiania polityki o mentalności sowieckiej. Z tym, że świat się zmienił, a żaden kraj nie chce być jawnie traktowany jak frajer.

POPiS-owski konsensus, czyli czasami liczy się interes państwa

Okazuje się, że w polskiej polityce istnieją porozumienia ponad podziałami, z tym, że nie można o nich mówić głośno. Koalicja Obywatelska po tym jak przejęła władzę kontynuowała politykę względem Ukrainy prowadzoną przez poprzedników, zwłaszcza na jej końcowym etapie, jak np. niedopuszczenie ukraińskiego zboża i usług transportowych do rynku unijnego bez okresu przejściowego czy też utrzymaniu embarga na produkcję rolną. Polityka ta była motywowana nie tylko strachem przed utratą wyborców PSL-u, ale też ogólnej zmiany nastrojów w Polsce względem Ukrainy. Dzielą nas nie tylko konflikty ekonomiczne, ale też zaszłości historyczne, które co jakiś czas odradzają się na nowo. Zwłaszcza ostatnia decyzja Zełenskiego o nadaniu imienia Bohaterów UPA jednej z elitarnych jednostek wojskowych przelała czarę goryczy i wywołała w polskim komentariacie furię i chęć błyskawicznego odwetu. Jednak z braku innych pomysłów poprzestano na zamiarze odebrania Zełenskiemu Orderu Orła Białego, przyznanego mu na początku wojny przez Andrzeja Dudę.

Sama decyzja o przyznaniu najwyższego odznaczenia Zełenskiemu w chwili emocjonalnego wzniesienia nie była mądrym posunięciem. W przypadku czynnych polityków niestety trzeba liczyć się z tym, że są to postaci które dopiero tworzą politykę i nigdy nie ma pewności w którym kierunku się ona potoczy, a nadawanie i odbieranie orderów nie czyni państwa poważnym. Tym bardziej, że gloryfikowanie Ukraińskiej Armii Powstańczej na Ukrainie nie jest niczym nowym. Tylko w tym roku obchodzono tam rocznicę śmierci odpowiedzialnego za ludobójstwo wołyńskie Romana Szuchewycza, czy też sprowadzono szczątki kolaboranta hitlerowskiego Andrija Melnyka do kraju, by pochować go z honorami. Mało tego, Ukraina ma ambicje sprowadzić do kraju również prochy Stefana Bandery, którego notabene okazały monument stoi na jednym z placów we Lwowie od 2007 roku. Samo zaś wynoszenie na piedestał Ukraińskiej Armii Powstańczej jest w optyce Ukraińców pewną opoką, na której budują współczesny nacjonalizm i jeżeli nie od 1991 roku, czyli upadku ZSRR i powstania państwa ukraińskiego, to na pewno odradza się on przy okazji narodowego wzniesienia, jak pomarańczowa rewolucja, protesty na Majdanie czy teraz wojna. OUN i UPA to bowiem nie tylko organizacje o antypolskim wydźwięku, ale też, a może przede wszystkim, narodowowyzwoleńczym, które dla Ukrainy stanowią symbol walki z Rosją. Polityka ta zaś nie jest tylko atrybutem Zelenskiego, ale była w równym stopniu wykorzystywana przez Poroszenkę czy Juszczenkę, którzy swoją drogą również zostali uhonorowani tym odznaczeniem.

Z polskiej perspektywy czczenie tych organizacji, które przyczyniły się do okrutnych zbrodni na Polakach jest oczywiście haniebne i nie może być na to naszej zgody, więc wszelkie formy protestu są konieczne, bo jeżeli udaje się, że się czegoś nie widzi, bądź mówi, że nic się nie stało, jak to było dotychczas, to później trudno mieć pretensję. Z tym, że musimy być świadomi, że samo odebranie Orderu Orła Białego jest sprzeciwem raczej symbolicznym i o ile w ogóle do tego dojdzie, to wprawdzie sygnalizuje niezgodę Polski na tego typu działania, jednak w wymiarze realnym nie ma to żadnego znaczenia. Nie tylko dlatego, że tym orderem historycznie były odznaczane takie postaci jak Katarzyna II, Fryderyk II, czy Benito Mussolini, ale też przede wszystkim dlatego, że taki manifestacyjny gest nie zmieni polityki Ukrainy w tej kwestii, zwłaszcza że nastroje banderowskie są tam coraz bardziej popularne.

Nauka pragmatyzmu, czyli o dostrzeganiu rzeczy wypukłych

Po bolesnym przeczołganiu Dudy przez Zełenskiego na szczycie ONZ w 2023 roku, gdzie przyrównywał go do ruskiej onucy, a później tej sytuacji z pociągiem do Kijowa, wydaje się, że polska klasa polityczna wyciągnęła lekcje i z poziomu prowadzenia polityki romantycznej zaczęliśmy zmierzać ku tej pragmatycznej. Choć różni się w szczegółach, to zarówno prezydent jak i premier w pewnym stopniu wyciągnęli lekcję z historii i nie wykazują się już bezgraniczną naiwnością w stosunku do sąsiada, ale lawirują pomiędzy deklaracjami a wywiązywaniem się z nich. Żaden z nich nie obiecuje członkostwa w UE czy NATO, nie deklaruje zniesienia embarga, czy też nie szasta w dostawie broni, ale już mitycznym wsparciem pozbawionym treści jak najbardziej. Grają tak jak ,,sojusznik” pozwala. Nawrocki jest, co prawda, bardziej zdystansowany, ale choć nie wykazuje nadmiernej przyjaźni względem Ukrainy, to zdaje sobie sprawę, że prawdziwym wrogiem jest Rosja, dlatego też nie protestował, gdy w grę wchodziło przekazanie MIG-ów Ukrainie, postawił jedynie warunek, że to Zełenski musi jako pierwszy złożyć wizytę w pałacu prezydenckim. Swoją drogą było to dość ryzykowne żądanie, zwłaszcza, jak twierdzi jeden z doradców Nawrockiego, Polska potrzebuje kontaktów z Ukraińcami i dostępu do informacji, w innym razie jesteśmy bezwartościowi dla Amerykanów. Podobnie Tusk, z tym że premier, tak jak w polityce krajowej, uprawia politykę deklaracyjnego kochanka, czyli dużo obiecuje, ale nic z tego finalnie nie wynika. Na ile jest to skuteczna polityka trudno powiedzieć, ale na pewno nie jest szkodliwa, jak wówczas kiedy za darmo oddawaliśmy Ukrainie sprzęt nic w zamian nie oczekując. To znaczy, mieliśmy wówczas nadzieję, że kiedyś w przyszłości Ukraina wynagrodzi nam pomoc, ale żądania takie w trakcie wojny wydały się wówczas polskim politykom nie na miejscu. Z tym, że jeżeli chce się coś uzyskać, to choć brzmi to brutalnie, można to tylko osiągnąć w momencie, gdy druga strona jest pod ścianą. W innym przypadku załatwienie newralgicznych dla nas spraw będzie rodziło kłopoty, jak choćby zgoda na ekshumacje ofiar Wołynia, a tym bardziej ich upamiętnienie, czy też zaprzestanie czczenia ludzi odpowiedzialnych za te zbrodnie.

Wsparcie Ukrainy oczywiście jest w naszym interesie, na pewno bardziej niż w interesie Wielkiej Brytanii, USA, czy Niemiec. To Polska i państwa bałtyckie są bezpośrednio zagrożone sąsiedztwem z Rosją. Stąd też z naszego punktu widzenia wojna mogłaby trwać jak najdłużej, w tym sensie, że dopóki zaangażowana w nią jest Rosja, mamy więcej czasu, by zadbać o własne bezpieczeństwo. Być może jest to jeden z niewielu punktów stycznych, który łączy nasze interesy.

Książkę Parafianowicza rozpoczyna cytat z eseju ,,Przestępca czasu wojny” wybitnego publicysty Józefa Mackiewicza, który brzmi:

,,O jednej rzeczy zapomina się natomiast zupełnie, że wojna ta, ponad wszystko, była jeszcze bardzo ciekawa. Ale zaspokojenie ciekawości związane jest nieuchronnie z poznaniem prawdy, a to jest właśnie w dzisiejszej atmosferze powojennej najtrudniejsze. Na razie w dalszym ciągu obowiązuje formuła sakramentalna, według której kazanie Jego Eminencji musi być zawsze >>podniosłe<<, a uśmiech zbrodniarza musi być zawsze >>cyniczny<<. (…) W tym właśnie odbiega od życia, ponieważ wiadome jest, że wszelkie rzeczy nie są płaskie, ale wypukłe.”

Sęk w tym, że w interesie naszego państwa jest te wypukłości dostrzegać i się z nich uczyć.