Utrata władzy zazwyczaj prowadzi do frustracji, niepokoju o przyszły byt i nerwowość. Wraz z kolejnymi latami grzania ław opozycyjnych, bez intratnych stanowisk i wpływu na rzeczywistość polityczną zazwyczaj dochodzi do zgrzytów wśród kolegów partyjnych, z których każdy jest przekonany o swojej wyjątkowości i sile. Konkurencja się zaostrza zwłaszcza wówczas, gdy w wyniku spadających sondaży liczba przyszłych posłów do sejmu się kurczy. Nie inaczej jest w przypadku Prawa i Sprawiedliwości.

Od jakiegoś czasu w PiS-ie spierają się dwie opcje. Radykalna, inspirowana narracją Brauna, antyunijna i antyniemiecka frakcja maślarzy i techonokratyczna, prorozwojowa i solidarna społecznie frakcja harcerzy. Do tej pierwszej należą m.in. Przemysław Czarnek, Tobiasz Bocheński, Patryk Jaki, Elżbieta Witek, Jacek Kurski czy Kacper Płażyński, a drugą reprezentują głównie weterani rządu Morawieckiego, czyli Waldemar Buda, Michał Dworczyk, Piotr Muller, Marcin Horała, Łukasz Schreiber i Janusz Cieszyński. Celem zarówno jednej jak i drugiej jest przejęcie partii Kaczyńskiego.

Prezes zaniepokojony konkurencją na prawicy w postaci Konfederacji, postawił na tę pierwszą, tak by zapobiec odpływowi elektoratu, a także przekonać do siebie ten nacjonalistyczny. Stąd namaszczenie nie gryzącego się w język Przemysława Czarnka na premiera i tolerowanie, a może nawet kibicowanie jego kontrowersyjnym w wersji ludowej wypowiedziom. Tym samym ci, którzy ponad wojenki kulturowe stawiają na kwestie gospodarcze i społeczne poczuli się w partii marginalizowani. Morawiecczycy bowiem zwracają się głównie do centrowego elektoratu, który chcą przekonać inwestycjami i prorozwojowymi projektami, Czarnek wraz z grupą maślarzy ideologią na sterydach, czyli ostrym językiem krytykującym migrację, Unię Europejską i jak się ostatnio okazało Ukraińców. W krytyce tych ostatnich tak się rozpędził, że zadeklarował nawet odcięcie pomocy Ukrainie, czym przekroczył nawet granicę tolerancji Kaczyńskiego. Prezes PiS jest cyniczny jak każdy polityk i używa zręcznie tych argumentów, które mogłyby przekonać do niego wyborców, z tym że zwolennicy PiS-u nawet jeżeli sprzeciwiają się polityce historycznej Ukrainy i nie podoba im się buta Zełenskiego, to wiedzą, że prawdziwym wrogiem jest Rosja, z którą owa Ukraina walczy. Także jak to mówią toutes proportions gardees.

Mateusz Morawiecki nie tracąc czasu postanowił więc działać. Najpierw zebrał lojalnych posłów, by w końcu założyć Stowarzyszenie Rozwój Plus, które miało być zabezpieczeniem przed, jak to określają ,,harcerze” suwpolizacją PiS-u, czyli przejęciem jej przez odłam radykalny, który wcześniej był reprezentowany przez Zbigniewa Ziobrę (Suwerenna Polska, stąd ,,suwpol”), teraz godnie kontynuowany jest przez frakcję maślarzy. Projekt Morawieckiego nie zakładał wyjścia z partii, tylko działanie w jej ramach jako jedno z ,,dwóch płuc”, którymi oddycha ugrupowanie. Takie też były ustalenia z kwietnia u Adama Bielana, gdzie Morawiecki zapewniał, że stowarzyszenie ma działać na rzecz, a nie przeciwko partii. Jak się okazało ta sytuacja nie mogła trwać długo, bo maślarze widząc sukcesywnie rozbudowującą się konkurencję poczuli się zagrożeni, zwłaszcza że po namaszczeniu Przemysława Czarnka na premiera PiS-owi poparcia nie przybywa. W związku z tym kierownictwo PiS, które zdominowane jest przez maślarzy podjęło decyzję o zobowiązaniu parlamentarzystów do opuszczenia wszelkich stowarzyszeń założonych przez polityków. Konflikt się zaostrzał, aż w końcu prezes musiał zareagować i postawić Morawieckiemu przygotowane przez Jacka Sasina ultimatum: albo on, albo stowarzyszenie. No i być może ku zaskoczeniu Kaczyńskiego, Morawiecki postawił na siebie i tak rozumianej deklaracji lojalności wobec PiS-u nie podpisał, a wraz z nim 39 posłów, jeden senator i trzech europosłów.

Co ciekawe po eliminacji Morawickiego i jego zwolenników, walka o schedę po prezesie się nie kończy i będzie się teraz toczyć wśród tych co zostali. Zapobiec temu mógłby tylko Kaczyński, lecz szansa, że kogoś namaści, co pokazuje historia, równa się zeru. Prezes pomimo deklaracji, z polityki odchodzić na razie nie zamierza, a każda wypowiedź o chęci go zastąpienia jest na Nowogrodzkiej odnotowywana jako arogancja. To Kaczyński mianuje i wyciąga z kapelusza, to on daje, ale też zabiera. Wszystko wskazuje na to, że jeżeli kiedykolwiek jakaś scheda nastąpi to odbędzie się bez udziału 77-letniego już prezesa, ale w wyniku przypadku, bądź bratobójczej walki.

Tym sposobem, tak jakby przy okazji i na życzenie kolegów partyjnych, Morawiecki przyczynił się nie tyle do upadku, ale już stagnacji PiS-u na pewno. Posługując się analogią filmową, statek rozbił się już o górę lodową, ale jeszcze nie utonął. Zrzucanie pełnej odpowiedzialności na byłego premiera byłoby jednak nieuczciwym postawieniem sprawy, ponieważ już wcześniej partia Kaczyńskiego sukcesywnie traciła w sondażach na rzecz Konfederacji, i to nie jednej ale dwóch. Zresztą, gdyby ultimatum nie zostało mu postawione, nie odważyłby się opuścić partii.

W historii Prawa i Sprawiedliwości zdarzały się już rozłamy, by wspomnieć rok 2007 i partię Marka Jurka, 2010 i powstanie PJN (Polska Jest Najważniejsza), czy w końcu Suwerennej Polski z czasem zmienionej na Suwerenną Polskę, z tym że choć były to odejścia huczne, to nie stanowiły aż takiego zagrożenia. Stowarzyszenie Morawieckiego liczy około 200 osób, a ma być jeszcze liczniejsze. Poza tym oprócz zasobów ludzkich, żaden z dotychczasowych secesjonistów nie posiadał takiego kapitału ekonomicznego jakim dysponuje były premier. Na razie sondaże szacują poparcie, dla jeszcze co prawda nieistniejącej partii ale in spe na poziomie 6-7%, ale jeżeli Morawieckiemu uda się przekonać wyborców upadającej Polski 2050, PSL-u, czy części elektoratu Konfederacji ma szansę na więcej. Pytanie czy jest to realne? Były premier w rankingach niepopularności plasuje się wysoko, obciążony jest latami rządzenia łącznie z polityką covidową, zielonym ładem i Polskim Ładem, co zarówno dla ludowców jak i wolnościowców stanowi niemały problem. Dlatego choć teraz jest to cios dla Prawa i Sprawiedliwości, bo automatycznie traci w sondażach zbliżając się do poparcia Konfederacji Mentzena i Bosaka, to Stowarzyszenie Rozwój Plus jak na razie balansuje na granicy progu wyborczego, którego do wyborów może nie przekroczyć. Wówczas realnym byłby scenariusz dla obserwatorów polskiej polityki dobrze znany, czyli udanie się rozłamowców do Canossy i złożenie hołdu prezesowi w ramach jakiejś Zjednoczonej Prawicy bis. Morawiecki negocjowałby wtedy z Kaczyńskim jako przywódca własnego ugrupowania, co potencjalnie zwiększałoby jego siłę przetargową, ale na premierostwo w takim scenariuszu już nie mógłby liczyć.

PiS znalazł się w wyjątkowo trudnej sytuacji, bo choć ma swój twardy elektorat, to nie jest on na tyle liczny, by zdobyć samodzielną większość. Co prawda, do wyborów został jeszcze rok, ale PiS jest w tej niekomfortowej sytuacji, że już rządził i można go rozliczać z patologii, które uskuteczniał. Konfederacja natomiast choć głosi nierealne obietnice, to nie miała możliwości jeszcze się skompromitować w oczach wyborców, przez co odpływ elektoratu jest tu mało prawdopodobny. I last but not least PiS będzie musiał konkurować o rząd dusz na prawicy nie z dwiema, ale z trzema ugrupowaniami. Dlatego najlepszym scenariuszem dla prezesa PiS, zakładając że Koalicja Obywatelska wygrywa wybory parlamentarne, ale nie jest w stanie utworzyć rządu, to zawiązanie porozumienia z rozłamowcami tak, by umniejszyć rolę Konfederacji w przyszłym rządzie koalicyjnym i wyeliminować kontrowersyjnego Brauna. No chyba, że były premier wykaże się zdolnością jaką niegdyś Donald Tusk i stworzy coś na kształt Platformy Obywatelskiej, która na dobre pogrzebała swoją partię –matkę, czyli Unię Wolności, ale po ponad dwudziestu latach duopolu, tylko niepoprawni optymiści mogą uwierzyć w taki cud nad Wisłą.