Rzadko zdarza się, by wybory w średniej wielkości państwie europejskim wzbudzały taką sensację jak te ostatnie na Węgrzech. Część europejskiego komentariatu entuzjastycznie założyła, że odsunięcie Victora Orbana po 16 latach sprawowania władzy będzie zwiastunem końca alt-rightu jako trendu w polityce państw zachodnich. Tylko czy nie jest to myślenie życzeniowe?

Rzeczywiście polityka patrona dotychczasowego premiera Węgier wzbudzała, szczególnie w tym roku, dużo kontrowersji, a poparcie Trumpa obecnie raczej szkodzi niż pomaga. Jednak Orban nie przegrał tych wyborów dlatego, że reprezentuje prawicowy populizm na wzór amerykańskiego MAGA, ale dlatego że dopuszczał się korupcji i nepotyzmu, za co w konsekwencji Węgry, które dotychczas były jednym z największych beneficjentów dotacji unijnych, tym razem ich nie otrzymały. Obywateli dławi inflacja, gospodarka się nie rozwija, a wiele miejsc zwłaszcza poza wielkimi miastami jest skrajnie niedoinwestowanych. Innymi słowy, oprócz najbliższego grona lojalnych ludzi premiera, ludziom nie żyje się dostatnio. Tak więc wyborcy nie głosowali na liberalne wartości, ale na Fidesz minus korupcja. To właśnie walkę z nią połączoną z poprawą sytuacji gospodarczej obywateli, odblokowanie środków unijnych i rozliczenie poprzedników zapowiadał objeżdżając Węgry wzdłuż i wszerz nacjonalistyczny Peter Magyar.

Zresztą wybory na Węgrzech przy bardzo wysokiej frekwencji wygrała prawica o różnych odcieniach gorliwości. W 199 – osobowym parlamencie (jednoizbowym) zasiądą Tisza (138 mandatów), Fidesz (55 mandatów) i najbardziej radykalna spadkobierczyni Jobbiku- Moja Ojczyzna (6 mandatów). To oznacza, że dotychczasowa opozycja została zmieciona ze sceny politycznej. Społeczeństwo węgierskie jak się okazało jest w gruncie rzeczy bardziej konserwatywne, a 16 lat rządów Fideszu nie było przypadkiem. Magyar nie wygrał dlatego, że różnił się od Orbana, ale dlatego że jest do niego aksjologicznie podobny. I to, połączone ze świeżością nie sprawowania realnej władzy, a wiec braku deprawacji związanej z rządzeniem zapewniło Magyarowi większość konstytucyjną i co się za tym wiąże możliwością zmiany kluczowych ustaw. Pytanie tylko czy system zaprojektowany pod aktualnie rządzonego będzie mu przeszkadzał. Obecna konstytucja premiuje partie zwycięską i daje jej niemal nieskrępowaną władzę, co jest problematyczne dla opozycji, ale nie dla partii, która zdobyła większość konstytucyjną. Oczywiście kluczowe będzie odsunięcie ludzi Orbana od instytucji, ale być może nie sam ich status i kierunek prorządowy. Pytanie równie istotne jest takie czy to w ogóle przeszkadza Węgrom, bo być może problemem nie jest zawłaszczenie państwa przez rządzących, ale tzw. syndrom tłustych kotów, czyli pycha polityków i kwestie ekonomiczne. Przecież przez długi czas obrotowość Orbana w polityce zagranicznej przynosiła korzyści na arenie wewnętrznej i do czasu zablokowania przez Brukselę wypłat wygrywał wybory w tym kraju.

Rządził przez tak długi czas również dlatego, że nie było realnej siły politycznej, która mogła go pokonać. Momentem przełomowym kampanii było ujawnienie przez niezależnych dziennikarzy informacji o ułaskawieniu w 2024 roku przez związaną z Orbanem prezydentkę Katalin Novak wicedyrektora domu dziecka zamieszanego w tuszowanie afery pedofilskiej. Wywołało to oburzenie Węgrów i w konsekwencji falę protestów ulicznych, na których skorzystał Peter Magyar. Wykazał się refleksem i natychmiast podłączył się pod protesty, na których zaczął krytykować swoją byłą już partię. To połączone z Internetem (odcięty od państwowych mediów kampanię robił za pomocą reelsów na mediach społecznościowych) przyniosły mu zaskakujące zwycięstwo. Wygląda na to, że Węgrzy nie chcieli w swojej masie zmieniać ogólnego kierunku polityki, ale zrobić jej korektę, czego symbolem jest wymiana choćby twarzy w rządzie.

Tisza, czyli partia którą Magyar przejął i stał się jej przywódcą oczywiście zamierza prowadzić bardziej koncyliacyjną politykę względem Unii Europejskiej niż poprzednicy, ale nie oznacza to wcale bezrefleksyjnego poparcia dla rozwiązań europejskich, ani też zerwania stosunków z Rosją. Zwłaszcza, że Węgrzy nie są przesadnie euroentuzjastyczni, bardzo cenią swoją suwerenność, a ponadto są ściśle jako państwo uzależnieni od surowców rosyjskich, a kryzys irański nie ułatwia zerwania tych zależności. Być może narracja nie będzie tak ofensywna jak dotychczas, ale polityka w praktyce raczej nie ulegnie zmianie. Stąd też nie należy spodziewać się jakiegoś zwrotu akcji w sprawie poparcia akcesji Ukrainy do UE czy zgody na dostawę do niej broni. Poglądowo Magyar jest wciąż blisko Fideszu.

Nawet nie do końca można powiedzieć, że centroprawica w dawnym stylu pokonała tę populistyczną, ponieważ Magyar w kampanii wyborczej nie unikał haseł hołubiących ,,zwykłych ludzi” zestawiając ich w kontrze do zdemoralizowanych elit. Różnica polegała na tym, że krytyka nie dotyczyła całej elity (w końcu sam do takiej należy), ale tej która narodziła się za rządów Orbana. Nie stronił też od wygórowanych obietnic (obniżka podatków dla najuboższych, ograniczenie migracji) czy krytyki establishmentu, sam zaś kreował się na przedstawiciela woli ludu o poglądach konserwatywno – liberalnych, bo na takie jest zapotrzebowanie w społeczeństwie. Choć ten komponent liberalny należy traktować z dużym dystansem, zwłaszcza że Magyar obiecuje jeszcze więcej polityki socjalnej. Zresztą jest to sine qua non uprawiania współczesnej polityki, tylko taki sposób prowadzenia kampanii, rozmycie ideowe i brak konkretów zazwyczaj przynosi zwycięstwo w demokracji. Magyar nie krytykował Orbana za populizm, krytykował go za zdradzenie ideałów pierwotnego Fideszu, montaż państwa mafijnego i przejęcie instytucji.

Czy zmiana władzy na Węgrzech przyczyni się do poprawy stosunków z Polską. Na razie wiemy, że Peter Magyar w pierwszą podróż zagraniczną uda się do Warszawy, co jest dobrym tego zwiastunem, zwłaszcza że format państw Grupy Wyszehradzkiej przed tymi wyborami był zdominowany przez prawicę z Czech i Słowacji, którym bliżej było do Orbana niż Tuska. Z drugiej strony Orban kiedy obejmował rządy przedstawiał się jako liberał i chciał odsunięcia postkomunistów od władzy, dopiero z czasem przekonwertował się na konserwatystę, po zanotowaniu że taka jest emocja społeczna. Nie ma gwarancji, że i tym razem nie będzie podobnie. Zwłaszcza, że każdy polityk gra na siebie i na swoje państwo. Dokładnie w tej kolejności. A interesy narodowe niestety często się wykluczają, także warto powściągnąć radość. Ewentualną nagrodą pocieszenia z tej wygranej dla koalicji rządzącej może być natomiast deklaracja Magyara o ekstradycji polskich polityków (Zbigniewa Ziobro i Marcina Romanowskiego), którzy szukając ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości znaleźli azyl polityczny u Orbana.

Wszystko miało grać na korzyść Victora Orbana: media, sądy, zmiana ordynacji wyborczej (układ geograficzny, mieszane okręgi wyborcze, brak drugiej tury), a ponadto uzurpacja władzy w imię zasady raz zdobytej się nie oddaje. Tyle tylko, że Victor Orban pokojowo przekazał władzę, dotąd nie było nawet czegoś w rodzaju amerykańskiego szturmu na Kapitol. Także nawet jeżeli Orban niepodzielnie rządził Węgrami przez 16 lat i przez niektórych wyborców nazywany był dyktatorem, to chyba jednak takim, który w wyniku porażki wyborczej oddaje władzę. Zresztą swoje rządy nazwał demokracją nieliberalną, nie odwrotnie.

W 44 r. p. n. e. Marek Juniusz Brutus chcąc położyć kres dyktaturze wraz z grupą spiskowców postanowił pozbawić życia Juliusza Cezara, co stało się synonimem przyjacielskiej zdrady, ale co bardziej istotne próbą uratowania republiki przed tyranem. Peter Magyar wygrał wybory na Węgrzech, ponieważ obiecywał przywrócenie państwa prawa i zakończenie autorytarnych rządów Orbana, do których zresztą sam się przyczynił budując tę partię i będąc jej częścią. W przypadku Brutusa zamach był powodowany wyższymi wartościami, nad lojalność wobec władcy przełożył wolność obywateli. Niedługo będziemy się mogli przekonać czym, opuszczając Fidesz i zwracając się przeciwko swojemu dotychczasowemu koledze partyjnemu, tak naprawdę kierował się nowy premier Węgier.