Polacy kochają przegrane zrywy narodowe, bo mają świadczyć o naszej wyższości moralnej. My walczymy o imponderabilia, reszta tylko wtedy, gdy ma szansę wygrać. Ta romantyzacja, która doskonale sprawdza się w literaturze, powinna ustąpić na rzecz realizmu w podejmowaniu decyzji politycznych. Drogą do tego celu jest odmitologizowanie naszej historii poprzez bolesną dla dumy narodowej jej analizę.

Powstanie Warszawskie jest jednym z wielu takich przykładów, gdzie naiwność wygrała z rozwagą. W szkole uczy się nas o dzielnych bohaterach i niezłomnych dowódcach, którzy w sercu mając ojczyznę „na śmierć idą po kolei, jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec”. Nikt nie zadaje pytań o sens i szansę powodzenia takiego zrywu, liczy się ofiarność.

Decyzja o wybuchu powstania była bezsensowna nie tylko dlatego, że nie było realnych szans na wygraną, ale również z tego względu, że losy Polski w momencie jego rozpoczęcia były już przesądzone. Po Stalingradzie było już jasne, że tereny należące do Rzeczpospolitej znajdą się w sowieckiej strefie wpływów, co zostało później potwierdzone w Teheranie, gdzie doszło do spotkania tzw. Wielkiej Trójki, czyli przedstawicieli USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii. Decyzja była motywowana tym, że dla Franklina Delano Roosevelta i Winstona Churchilla istotniejszym od wolnej Polski był sojusz z Rosją Sowiecką, która miała przejąć walkę z nazistami na froncie wschodnim. To w ramach też tych ustaleń polski rząd na uchodźctwie pod dużym wpływem Brytyjczyków, ale też Amerykanów, którzy sugerowali, by wojska radzieckie traktować jak sprzymierzeńców, podjął decyzję o współpracy z Armią Czerwoną podczas tzw. Akcji Burza, czyli działań zbrojnych na wschodzie Polski wymierzonych przeciw Niemcom w momencie załamania się ich potęgi. To wówczas Polacy mogli przekonać się po raz kolejny, że Sowietom nie należy ufać.

Bowiem w 1939 r. Polska została napadnięta nie tylko przez hitlerowskie Niemcy, ale także przez Związek Radziecki. Mimo to, pod wpływem Anglosasów polski rząd na uchodźctwie szedł na różnego rodzaju kompromisy ze swoim wrogiem, jakim w szczególności był pakt Sikorski – Majski, zerwany w 1943r. przez Sowietów na skutek stanowiska polskiego rządu po odkryciu grobów polskich oficerów w Katyniu, zamordowanych tam w 1940r. Akcja Burza więc nie była aż takim zaskoczeniem, kiedy po rzekomej współpracy Sowieci aresztowali, wywozili do obozów, bądź nawet mordowali polskich żołnierzy. Najpierw na Wołyniu, później w Wilnie w ramach operacji Ostra Brama, a później we Lwowie i Lublinie.

Przed wybuchem powstania te informacje były znane polskiemu dowództwu, mimo to koncepcja insurekcji zakładała zdobycie miasta, tak by Sowietów witać jako gospodarze, a nie bierne społeczeństwo i rozmawiać z nimi jak z równym sobie partnerem. Nie sposób opisać naiwności tego rozumowania. Zakładając nawet, że jakimś cudem młodzi Polacy z butelką z benzyną pokonaliby po zęby uzbrojonych hitlerowców, to kraj przejęliby Rosjanie, bo wcześniej zagwarantował im to Churchill i Roosevelt w Teheranie. Odzyskanie niepodległości w ogóle nie wchodziło w grę, pomogło jedynie Sowietom wybić polską inteligencję, przez co łatwiej było im montować komunizm nad Wisłą. Nie po to Stalin powołał Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego z Edwardem Osóbką – Morawskim na czele (formalnie w Lublinie, ale w rzeczywistości w Moskwie), czyli coś na kształt przyszłego rządu polskiego pod patronatem sowieckim, żeby po wkroczeniu do Warszawy rozmawiać z Borem-Komorowskim. Zresztą o tym mógł przekonać się też polski premier Stanisław Mikołajczyk, który po przybyciu do Moskwy, został przyjęty przez Józefa Stalina z kilkudniowym opóźnieniem, tylko po to, by mu zakomunikować, że nie ma o czym z nim rozmawiać i odesłać go do przedstawicielstwa PKWN.

Oficjalnie prący do powstania dowódcy ponoć kierowali się słabnącą pozycją Niemiec, co symbolizować miał nieudany zamach Stauffenberga na Hitlera i cofającymi się Niemcami z terenów Białorusi, a także entuzjastyczną postawę mieszkańców Warszawy, którzy chcieli pomścić zbrodnie nazistowskie. Wojska hitlerowskie rzeczywiście były w odwrocie, ale w lipcu 1944 roku na przedpolach Warszawy ich pozycja nie była słaba, co zresztą potwierdzał też polski wywiad. A Warszawiacy jeżeli nawet początkowo byli gotowi na wybuch powstania, to tylko dlatego że nie mieli pełnej wiedzy dotyczącej dysproporcji sił i decyzji politycznych podjętych w Teheranie. Duch bojowy i bohaterstwo nie zastąpią uzbrojenia, które w momencie wybuchu powstania miał co siódmy żołnierz AK. Wojsko zaś jest po to, by chłodzić entuzjazm ludności cywilnej w momencie, gdy szansa na wygraną jest równa zeru, a już na pewno nie podejmować decyzji pod wpływem emocji społeczeństwa. Zresztą ci sami mieszkańcy stolicy kilka dni później obwiniali powstańców za rzeź, która dokonywała się na ulicach kolejnych dzielnic.

Stąd zaskakującym jest fakt, że przy braku amunicji i uzbrojenia pomniejszonej m.in. na skutek odsyłania jej na front wschodni w ramach Akcji Burza, sukcesywnego przejmowania magazynów z bronią przez nazistów, ograniczonej liczebności Armii Krajowej, wciąż silnej armii niemieckiej i niepewności co do Stalina, a także wyraźnej instrukcji Wodza Naczelnego o tym, że akcja zbrojna możliwa jest tylko, gdy zajdą ku niej odpowiednie warunki, dowódcy tacy jak Leopold Okulicki, Jan Rzepecki, Tadeusz Pełczyński i Antoni Chruściel (,,Monter”) dążyli do wybuchu powstania. Zresztą temu ostatniemu zawdzięczamy ostateczną decyzję o jego wybuchu, bowiem to za sprawą jego meldunku dotyczącego forsowania Wisły przez wojska sowieckie, Bór Komorowski podjął decyzję o wybuchu powstania. Mimo, że chwilę później szef wywiadu AK Kazimierz Iranek-Osmecki zameldował coś zupełnie przeciwnego. Emocje zwyciężyły nad zdrowym rozsądkiem.

Jeszcze na początku lipca Wódz Naczelny Polskich Sił Zbrojnych Kazimierz Sosnkowski w depeszy do Głównego Dowódcy AK Bora-Komorowskiego wyraźnie informował, że wybuch powstania nie ma realnych szans na powodzenie i nie należy go wszczynać, co było zgodne z ,,instrukcją październikową” przygotowaną rok wcześniej przez Rząd RP na uchodźctwie, w którym były jasno określone warunki pod którymi można rozpocząć powstanie, czyli gdy Niemcy utrzymają front wschodni do czasu przybycia wojsk alianckich, sojusznicy prześlą niezbędną broń Armii Krajowej, a także zrzucą do kraju Samodzielną Brygadę Spadochronową generała Sosabowskiego, a ponadto załamie się niemiecka machina wojenna. Jak wiemy, w dniu 1 sierpnia 1944 roku żaden z tych warunków nie był spełniony. Kilka tygodni później słaby psychicznie i ulegający wpływom dowódca AK, którym prawdopodobnie w ogóle nie powinien zostać, zmienił zdanie. Miedzy innymi za sprawą Leopolda Okulickiego, którego Sosnkowski wysłał do kraju z misją powstrzymania insurekcji. Postać tyleż tragiczną, co enigmatyczną, bowiem ,,Kobra” znał doskonale sposób działania Sowietów (był więziony przez NKWD), poza tym wracał z Zachodu, więc znał postanowienia teherańskie, mimo to nie wiedzieć czemu niemal opętańczo dążył do wybuchu powstania.

Wygląda na to, że chwila chwały i chęć mesjanistycznego pobudzenia sumienia narodów, których rzekomo miała dotknąć powstańcza Warszawa były istotniejsze dla niektórych dowódców niż życie własnych żołnierzy. Tylko że tak się składa, że wolność aliantów zachodnich nie przyszła wraz z daremną ofiarą z Polaków, ale wraz z zimnymi kalkulacjami i zgniłymi sojuszami, ,,sumienie” zaś zostało niewzruszone.

Powstanie realnie trwało trzy dni a może i jeszcze krócej, bo już pierwszego dnia nie udało się zrealizować planu jakim było odbicie mostów, zdobycie lotnisk i linii kolejowych. Przez kolejne 60 dni trwała już pacyfikacja miasta i rzeź ludności cywilnej, a wojska sowieckie nie weszły do stolicy jak twierdził Chruściel, tylko spokojnie w oparach bimbru przypatrywały się pacyfikacji miasta. Bowiem dla Stalina była to idealna sytuacja, gdzie najlepsza młodzież wrogiej dla Sowietów stolicy wykrwawia się w walce z ich innym wrogiem jakim już wówczas była III Rzesza. Z tego też powodu dyktator ZSRR utrudniał zrzuty anglosaskiej broni, amunicji i leków dla armii powstańczej. Jednak to nie we wrogim dla państwa polskiego Stalinie powinniśmy szukać winnego, tylko w decyzjach dowódców, a ci jak wiemy zawiedli. Ich obowiązkiem było zaplanować tę bitwę tak, by była zgodna z regułami sztuki wojennej, czyli, jak przestrzegał generał Władysław Anders, przede wszystkim nie powinna być podejmowana, gdy nie ma szans na zwycięstwo, zwłaszcza gdy wokół jest duże skupisko ludności cywilnej.

Nic to, gdyby pomysłodawcy tej samobójczej walki sami szli do walki i ginęli za swoją sprawę, niestety podłóg ich decyzji ginęli nie oni (większość z nich przeżyła wojnę), ale młodzież Warszawy, która bezgranicznie ufała swoim dowódcom, a także ludność cywilna, których nieszczęście polegało na tym, że mieszkali w miejscu, które owi dowódcy wybrali na insurekcję. Więcej szczęścia mieli mieszkańcy Krakowa, czy choćby warszawskiej Pragi, gdzie dowódcy albo odmówili rozpoczęcia zrywu, albo poddali się w momencie, gdy było wiadomo, że nie mają szans na wygraną, czyli już 1 sierpnia. W konsekwencji zachowała się nie tylko tkanka kulturalna i urbanistyczna Krakowa czy warszawskiej Pragi, ale także ocalonych zostało tysiące żyć ludzkich. To tych dowódców, czyli pułkownika Antoniego Władysława Żurowskiego (dowódca AK na okręg praski) czy pułkownika Przemysława Nakoniecznikoffa-Klukowskiego należy otaczać szczególną czcią i pamięcią, bo wykazali się racjonalnym myśleniem, a nie romantyzowaniem i naiwnością przedszkolaka. Podobnie jak pułkownik Janusz Bokszczanin, wspomniany już Iranek-Osmecki, podpułkownik Ludwik Muzyczka i gen. Emil Fieldorf, którzy oceniając realistycznie sytuację do ostatniej chwili sprzeciwiali się wybuchowi powstania.

Chwała i część bohaterom, hańba próżnym i nieodpowiedzialnym dowódcom. I choć brzmi to bezdusznie, to nie chodzi o znęcanie się nad przywództwem wojskowym Podziemnej Polski, ale wyciągnięciu lekcji z decyzji, która doprowadziła do katastrofy i uniknięciu podobnych błędów w przyszłości, bo jak mawiał Cyceron ,,kto nie zna historii jest zawsze dzieckiem”. Powstanie Warszawskie było skutkiem gloryfikacji nieudanych zrywów od powstania listopadowego po powstanie styczniowe, którymi był karmione polskie dzieci. W rzeczywistości zaś wszystkie były błędem dowódców, którzy bądź to z własnej próżności, bądź niekompetencji podejmowali decyzję o straceńczej walce.

Jedynym pocieszeniem może być fakt, że polityka historyczna nie ma już tak dużego wpływu na społeczeństwo dobrobytu jak w poprzednich pokoleniach i powtarzane przez polityków bezrefleksyjne slogany o moralnym zwycięstwie nie przełożą się na decyzję młodych Polaków o ,,honorowym” oddawaniu krwi za straconą sprawę. W wojnie nie chodzi o to, by przelewać własną krew, ale krew wroga, a zwycięstwo jest nie wtedy, gdy doda się do niego przymiotnik, ale wówczas, gdy armia jest wyszkolona, posiada uzbrojenie i strategię, by pokonać przeciwnika.