Całkiem niedawno doszło do awantury w stolicy, a rzecz tyczyła się zakazu sprzedaży alkoholu. Aktywiści miejscy wraz z Lewicą głęboko popierają prohibicję i mniej więcej od 2018 roku, czyli momentu w którym niektóre gminy w Polsce owy zakaz zaczęły wprowadzać domagają się tego z mniejszym lub większym natężeniem również w Warszawie. Zaliczany do progresywno – lewicowego nurtu Koalicji Obywatelskiej Rafał Trzaskowski rzekomo po konsultacjach społecznych poparł projekt, choć optował za późniejszą godziną niż w pierwotnej wersji, czyli według jego założenia zakaz miałby obowiązywać w godzinach 23 – 6 rano. Rzecz w tym, że Marcin Kierwiński miał inne zdanie w tej kwestii, a paradoksalnie to on ma więcej do powiedzenia w stolicy, bo rządzi strukturami w Warszawie (innymi słowy to on układa listy), stąd zakaz nie został wprowadzony.

Prohibicja nie jest konstruktem nowym. Była wprowadzana w różnym czasie z mniejszym lub większym skutkiem w Rosji, Norwegii, Szwecji czy Finlandii. Najbardziej znanym jest jednak przykład Stanów Zjednoczonych, w których zakaz sprzedaży alkoholu wprowadzony w latach 20. poprzedniego wieku ewidentnie nie zadziałał i doprowadził m.in. do powstania zorganizowanej przestępczości. Ponadto alkohol był wówczas gorszej jakości, droższy i spożywany często w miejscach, które śmiało można byłoby nazwać melinami. Jednak przykład innych gmin w Polsce, w których taki zakaz obowiązuje, nie przynosi podobnych skutków. Co prawda nie ogranicza on rewolucyjnie spożywania alkoholu przez rodaków, bowiem zakaz obowiązuje tylko w wyznaczonych godzinach i nie dotyczy pubów, barów czy restauracji, ale ponoć zmniejszył ilość interwencji policji w późnych godzinach nocnych.

Tak naprawdę w miejscach, gdzie ów zakaz został wprowadzony ucierpiały głównie sklepy monopolowe, których przychód wzrasta wraz z zamknięciem innych sklepów. Np. w wersji proponowanej przez Trzaskowskiego nie straciłaby nawet Żabka otwarta do 23. Tylko czy zakaz rzeczywiście przyczyni się do zmniejszonej konsumpcji. Przecież alkohol jeszcze nie jest racjonowany, można przed wyznaczoną godziną zrobić odpowiedni zapas. ,,Nie dobiją się” tylko ci, którzy takiego nie poczynią, a swoją alkoholową przygodę rozpoczną w jednym z barów, bądź innych tego typu miejsc. Ewentualnie stworzy to ograniczenie dla młodych ludzi, którzy w celu zaoszczędzenia nad puby przedkładają schodki nad Wisłą.

Oczywiście wprowadzanie jakiegokolwiek zakazu może w ostateczności skończyć się rozszerzaniem jego zakresu, ale sam upór za tym, że ,,zakazuje się zakazywać” jest kuriozalny, zwłaszcza że nie przełoży się to jakoś diametralnie na zmianę w funkcjonowaniu. To jest ani nie wyeliminuje agresywnych postaw na ulicy (napić się można w barze), ani nie utrudni realnie dostępu do alkoholu. Doskonałym tego dowodem jest bierność w tej sprawie czy to Związku Przedsiębiorców Przemysłu Piwowarskiego czy Spirytusowego. Oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że temat prohibicji najpierw nagłośniony przez lewicowe środowiska miejskie, później podchwycony przez Trzaskowskiego i niemal rejtanowsko zatrzymany przez jego partyjnych kolegów jest kolejną wrzutką przyjmującą pozory poważnego problemu. Gdyby lewica chciała realnie walczyć z alkoholizmem wśród Polaków proponowałaby raczej podwyższenie akcyzy a niżeli drobną niedogodność w postaci kilku godzin bez sprzedaży alkoholu.

Sam zaś sprzeciw warszawskiej KO nie świadczy o tym, że stała się ona nagle mniej paternalistyczna czy progresywna, bo w większości miast wojewódzkich, tj. 12 z 16, gdzie w większości z nich rządzi Platforma taki zakaz został wprowadzony, jak np. we Wrocławiu czy Gdańsku. Stąd można wysnuć wniosek, że w Warszawie nie chodziło wcale o walkę z prohibicją, ale o upokorzenie Trzaskowskiego, który we własnym mieście nie ma nic do powiedzenia. Odkąd przy niemałej pomocy partii Trzaskowski przegrał wybory prezydenckie został zepchnięty na margines, zwłaszcza że nigdy nie był szczególnie popularny, no może z wyjątkiem momentu, gdy Donald Tusk robił karierę europejską. Po jego powrocie doszło do chwilowego sporu pomiędzy politykami, ale też Trzaskowski szybko się z niego wycofał, dostając w zamian obietnicę kandydowania z ramienia PO na prezydenta RP. Jak wiemy tych wyborów nie wygrał, a teraz z trudem podnosząc się po porażce dostaje kolejny cios od swojej partii. Nie jest pewne na ile była to osobista inicjatywa Kierwińskiego, a na ile dostał odgórne polecenie, co nie zmienia faktu, że wygląda to dość fatalnie. Koalicja Obywatelska z założenia miała walczyć z PiS-em, a wygląda na to, że i we własnych szeregach nie potrafi się porozumieć.

Część wolnościowych środowisk z tej waśni będzie zadowolona, bo w końcu udało się uniknąć wprowadzenia prohibicji (choć w wersji pilotażowej będzie obowiązywać w Śródmieściu i na Pradze Północ), jednak dla partii Tuska może to skutkować utratą wyborców lewicowo-progresywnych, którzy od jakiegoś czasu popierają Platformę. Choć być może obywatelska z nazwy partia doskonale zdaje sobie sprawę, że z braku alternatywy ci wyborcy nie będą mieli wyjścia, i choć bez entuzjazmu, to szybciej zagłosują za zgniłą Platformą niż ,,faszystowskim” PiS-em. Taktycznie więc lepiej zabiegać o wyborców konserwatywnych, zwłaszcza w okresie prawicowego wzmożenia.

Możliwym jest też scenariusz, w którym upokorzony Trzaskowski opuści swoją partię matkę po to, by założyć nową (może z Hołownią?). Tylko czy jest gotowy na tak odważny ruch? Nowa partia nie zawsze, a nawet w szczególności bardzo rzadko jest w stanie utrzymać się na polskiej scenie politycznej. Tym bardziej, że do wyborów parlamentarnych pozostały dwa lata, założenie jej w tym momencie grozi z wysoką dozą prawdopodobieństwa anihilacją. Bowiem ciekawość ludzi nowymi bytami politycznymi gaśnie równie szybko, co ją wzbudza. Podsumowując, Kierwiński mógłby powiedzieć szach mat, tylko czy z korzyścią dla Koalicji Obywatelskiej?

PS : A zakaz sprzedaży alkoholu na terenie całej Warszawy i tak zostanie wprowadzony, tylko że w przyszłym roku – ogłosił prezydent stolicy. Także nic bardziej kuriozalnego.