W 1849 r. podczas Wiosny Ludów Wilhelm IV ofertę przyjęcia korony Niemiec z rąk ludu skwitował ponoć powiedzeniem ,,nie będę podnosił korony z błota”. Król Prus władzę nadaną mu przez lud traktował jako niegodną prawdziwego monarchy. Co prawda od tego czasu minęły już prawie dwa wieki i świat znacznie ewaluował z monarchii w stronę republiki, zwłaszcza w Europie, gdzie ta pierwsza odgrywa rolę jedynie dekoracyjną, to jednak nie każda głowa państwa jest polityczną wersją księżnej Diany. Inaczej jest w przypadku Karola Nawrockiego. Nie bez powodu w końcu media liberalno – lewicowe nazywają go prezydentem ,,ludowym”, choć ma to raczej podkreślać pochodzenie prezydenta niż jego dobry kontakt z wyborcami, niemniej jedno może wynikać z drugiego.

Nawrocki ma nie tylko wielkie ambicje, ale też determinację by dążyć do wyznaczonych wcześniej celów. Jednym z przykładów jest ta niezwykła przemiana z drewnianego kandydata w całkiem sprawnego retorycznie prezydenta. Nie tylko wetuje ustawy rządu, ale też przedstawia własne projekty. Zdążył już zwołać pierwszą Radę Gabinetową, ale też pojechać w swoją pierwszą podróż zagraniczną do Stanów Zjednoczonych, spotkać się z Giorgią Meloni i papieżem Leonem XIV. Uczestniczyć w narodowym czytaniu Kochanowskiego, wspierać kadrę narodową podczas meczu w Chorzowie, odbyć wizytę na Litwie i w Finlandii, a minęło zaledwie kilkanaście dni od zaprzysiężenia. Stąd nie dziwi wzmożenie prawicy, w końcu znalazła swoją polityczną wersję gwiazdy rocka i to taką, która będzie godnym rywalem ich największego wroga, czyli Donalda Tuska. I co istotne, jak to ktoś określił, Nawrocki nie posiada systemu nerwowego, na wszystko reaguje ze stoickim spokojem, co pozwala mu w sytuacjach kryzysowych zachować ,,gardę”. Tym sposobem być może sportowa przeszłość sprawiła, że posiada istotne z punktu widzenia polityki opanowanie. Tak było podczas kampanii wyborczej, tak jest również teraz, nie daje się wytrącić z równowagi, czym nie zasila krytycznych wobec niego mediów w takim stopniu jak np. Kaczyński i jego wykrzyczane z mównicy sejmowej ,,zdradzieckie mordy”.

Szorstka (szkodliwa?) kohabitacja

Kohabitacja jest korzystna dla Nawrockiego, bo dzięki temu że nie musi współpracować z rządem daje świadectwo bycia poza establishmentem, czym może jeżeli nie zyskiwać, to na pewno utrzymywać poparcie, które uzyskał w wyborach. Schody paradoksalnie mogą rozpocząć się wtedy, kiedy będzie rządzić jego formacja, a on zmuszony firmować niepopularne, bądź budzące wątpliwości prawne decyzje. Wówczas lekka ręka do wet może zostać przyhamowana, choć zobaczymy jaka będzie pozycja prezydenta na prawicy. Dopóki trwa kohabitacja partia stoi za nim murem, ale jeżeli wybory za dwa lata wygra PiS walka o przywództwo na prawicy się rozpocznie na dobre i ciekawe, gdzie prezydent Nawrocki się wówczas ulokuje i czy uda mu się utrzymać podobną niezależność. Wygrał wybory również za sprawą wyborców Konfederacji, więc z tego też względu będzie zabiegał o ten elektorat, różniąc się w niektórych kwestiach z partią, która go wystawiła. Twierdzenie jednak, że Nawrocki ma wolnorynkowe poglądy jest daleko nad wyraz. Po rozmowie z Mentzenem mogliśmy się przekonać, że ten historyk z Gdańska nie zna się na ekonomii, a podpisanie deklaracji toruńskiej mu się po prostu opłacało (cóż szkodzi obiecać). Teraz natomiast jest doskonałym sposobem na sabotowanie rządów Tuska.

Postulat nie podwyższania podatków (dobry pan zmniejsza obciążenia poddanych) i zwiększenie wydatków (proponuje kosztowne projekty rozwojowe) jest niczym innym niż trollingiem rządu. Karol Nawrocki bowiem chce obniżyć podatek od zysków kapitałowych do 140 tys., zapisać w konstytucji zakaz podatku katastralnego, zwiększyć próg podatkowy dla rodzin wychowujących co najmniej dwójkę dzieci, a poza tym już złożył weto pod ustawą podwyższającą akcyzę na alkohol czy 800 plus dla niepracujących Ukraińców, w zamian zaś proponuje realizację wielkich projektów inwestycyjnych i większe wydatki na zbrojenia. Jak powszechnie wiadomo za politykę finansową państwa odpowiada rząd, nie prezydent, więc z punku widzenia Nawrockiego niech Tusk się martwi. Tym oto sposobem z jednej strony strofując premiera za deficyt, z drugiej proponując w konsekwencji jego pogłębienie zmusza Tuska do niepopularnych decyzji, czyli albo do podwyższania podatków, albo do cięcia wydatków. Chciałoby się powiedzieć szach mat, z tym że ta partykularna wojna polityczna nie do końca służy dobru państwa.

Now Rocky w Białym Domu

Po niedorzecznych przepychankach Pałacu Prezydenckiego z MSZ (fakt, że instrukcja wyciekła do mediów świadczy o zerowym poziomie powagi polskiego państwa, zwłaszcza że dotyczyła również bezpieczeństwa)ostatecznie wizytę Nawrockiego w Waszyngtonie należy zaliczyć do udanych. Mimo że nie było tam za dużo treści (nie przyniosła nadzwyczajnych deali), była forma, która w dyplomacji również ma znaczenie. Tym większe, że środowisko prezydenta przed wizytą w Waszyngtonie taktycznie nie kreowało jakiś nadmiernych oczekiwań co do spotkania, by ewentualny sukces świeżego w polityce Nawrockiego wypadł PR-owo jeszcze lepiej.

Został przywitany w Stanach z najwyższymi honorami, by wspomnieć choćby przelot F-16 nad głowami przywódców w ramach hołdu polskiemu pilotowi, który zginął tragicznie podczas treningu, a sam Trump nie ukrywał sympatii do nowego polskiego prezydenta. Przypomniał o swoim poparciu dla wówczas jeszcze kandydata Nawrockiego i nie szczędził pochwał nad, jak go nazwał odnosząc się do hasła z jego kampanii, Now Rocky’m . Oprócz tego Nawrocki podczas tej wizyty został zaproszony do grupy państw G – 20, co jest wyróżnieniem. Znalezienie się, nawet w roli gościa, wśród dwudziestu najbogatszych gospodarek świata jest nobilitacją, ale nie można też przeceniać tego zaproszenia, bo uczestnictwo to nie wejście do grona tej prestiżowej organizacji.

Przy tych wszystkich laurkach warto na końcu zaznaczyć, że relacje polsko – amerykańskie magicznie nie polepszyły się po objęciu prezydentury przez Karola Nawrockiego, były już dobre wcześniej (by wspomnieć miliardowe zakupy amerykańskiej broni czy najwyższe wydatki na zbrojenia w NATO), a zwłaszcza wtedy, gdy prezydentem był Andrzej Duda, który swoją politykę zagraniczną opierał głównie na relacjach transatlantyckich.

Poza tym prezydent USA co prawda oświadczył, że jest otwarty na zwiększenie ilości wojsk amerykańskich w Polsce (co było przyjaznym gestem wobec Polski i jej przedstawiciela, zwłaszcza gdy przypomni się lutową wizytę Zelenskiego w Białym Domu i tę niesławną już awanturę), ale po pierwsze była to luźno rzucona deklaracja przez nieprzewidywalnego i nie zawsze słownego Trumpa, po drugie nie jest to zapowiedź jakiejś stałej bazy typu Fort Trump, a po trzecie jeżeli w ramach redukcji wojsk amerykańskich w Europie, czego zwolennikiem jest choćby jego doradca Elbridge Colby, zostaną wycofani żołnierze z pozostałych państw wschodniej flanki NATO, nasze bezpieczeństwo nie wzrośnie. Zwłaszcza w kontekście resetu z Rosją do którego ewidentnie dąży obecny włodarz Białego Domu, czego przykładem jest nie naciskanie na agresora poprzez groźby użycia siły ekonomicznej, czy też będąca pod znakiem zapytania dalsza pomoc dla Ukrainy.

Aktywna prezydentura i mądrość przed szkodą

Karol Nawrocki jest całkowitym przeciwieństwem Wilhelma IV i nawet jeżeli robi to cynicznie i czysto z wyrachowania, to wychodzi mu to całkiem naturalnie. I tym wzbudza sympatię elektoratu, zwłaszcza wtedy, gdy wychodzi do ludzi przed Belweder, by z nimi porozmawiać i rozdać autografy, albo gdy przytula rozpłakaną ze wzruszenia dziewczynkę. Tak, Karol Nawrocki potrafi w relacje międzyludzkie, co zresztą było już widoczne podczas debat w kampanii prezydenckiej. I choć jak mantra przez niego powtarzana fraza ,,szanowni państwo” może budzić rozbawienie, to w ostatecznym rachunku służy do zyskania przychylności przyszłych wyborców.

Co zaś tyczy się polityki, a zwłaszcza tej zagranicznej dla dobra państwa warto byłoby zakończyć te małostkowe personalno – polityczne spory. Bo dwie konkurujące ze sobą polityki zagraniczne takiego państwa jak Polska to zdecydowanie zbyt wiele. Z faktu, że Karol Nawrocki jest z sympatią witany w Stanach Zjednoczonych powinniśmy być zadowoleni, bo jest to szansa na uzyskanie czegoś konkretnego w relacjach z naszym najsilniejszym sojusznikiem. Prounijny rząd natomiast mógłby skupić się na polityce w ramach UE i takim sposobem polska dyplomacja byłaby komplementarna. Tylko najpierw należałoby się wyzbyć małostkowości i stricte partykularnych interesów, a to w tych warunkach, czyli w dobie polaryzacji i rządzy władzy jest chyba nie do zrealizowania, no chyba że szalona imperialistyczna wizja kolonializmu naszego wschodniego sąsiada wymusi porozumienie, ale warto się zastanowić czy chcemy zapłacić tak wysoką cenę. Może choć raz warto być mądrym Polakiem przed szkodą?