
Platforma Obywatelska postanowiła wyprowadzić sztandar i połknąć przystawki, a Prawo i Sprawiedliwość zorganizować kongres w poszukiwaniu wyborczego świętego Graala.
Po dwudziestu czterech latach partia założona przez Andrzeja Olechowskiego, Macieja Płażyńskiego i Donalda Tuska przestała istnieć, a na jej miejsce powstała Koalicja Obywatelska (z wchłoniętą przez Platformę Inicjatywą Polską i Nowoczesną) i biało-czerwonym serduszkiem w logo. Oprócz aktu zjednoczenia, rebrandingu i kilku równie patetycznych co nic nieznaczących przemówień o suwerenności, inwestycji w rozwój sztucznej inteligencji i w ramach podtrzymania osi polaryzacji manichejskim podziale na dobro i zło ,,nowa zjednoczona partia” nie była w stanie nic zaproponować swoim wyborcom, bo też nie o program tam chodziło, a o ,,zagrzewanie zawodników”. Na konwencji Donald Tusk zamienił się w motywacyjnego trenera, który na półmetku rządów zapewniał swoich działaczy partyjnych o ich wyjątkowości.
Politycy Prawa i Sprawiedliwość co prawda na zorganizowanym w Katowicach dwudniowym kongresie rozmawiali o programie, ale we własnym hermetycznym środowisku, bez świeżego ideowego powietrza. To również, mimo spektakularnej formy, sprawiało wrażenie dość wsobnego wydarzenia, zwłaszcza panel poświęcony mediom publicznym dyskutowany w takim gronie jak Jacek Kuski, Joanna Lichocka czy Dorota Kania. Te same twarze, te same wewnętrzne podziały, pycha i brak skruchy. Oprócz antyunijnego przemówienia Prezesa wyrażającego się w krytyce Francji i Niemiec (które chcą zabrać nam państwo) na ,,zlocie pisowców” padły takie propozycje jak coroczna waloryzacja 800+, likwidacja kwoty wolnej od podatku, gwarantowany dochód podstawowy w wysokości 500 zł dla każdego, czterodniowy tydzień pracy dla seniorów czy bony mieszkaniowe dla rodzin z trójką dzieci. Wygląda na to, że partia głowi się jak powtórzyć sukces 500 +, choć nic nie wskazuje na to, że jest to możliwe. I mimo że nie padły tam żadne konkrety a zamiast nowych twarzy były te ograne, to trzeba PiS-owi przyznać punkt za choćby próbę opracowania programu. Zresztą do wyborów jeszcze dwa lata, więc skrajną głupotą byłoby przedstawienie go już dziś, zwłaszcza że nikt nie będzie za kilka dni pamiętał czegokolwiek z tego wydarzenia.
Koalicja Obywatelska ma wciąż dobre sondaże, lepsze od Prawa i Sprawiedliwości, z tym że żadna z nich nie ma na tyle dużego poparcia, by samodzielnie rządzić. Większy problem ma jednak KO, bo to jej potencjalni koalicjanci mogą nie przekroczyć progu wyborczego, co spowodowane jest m.in. zjadaniem przystawek. Dlatego też nie tyle program będzie w przypadku PiS decydujący, ale dostrzegalne coraz wyraźniej wzmożenie nastrojów prawicowych wśród społeczeństwa. I nawet jeżeli to nie partia Kaczyńskiego na tym zyskuje, ale głównie Konfederacja i Korona Grzegorza Brauna, to i tak ma przewagę, bo dzięki temu teoretycznie zyskuje potencjalnych sojuszników. Oczywiście wiąże się to również z ryzykiem, ewentualna współpraca z środowiskami antyunijnymi i nacjonalistycznymi może demobilizować elektorat umiarkowany, a więc bardzo możliwe, że PiS aby mogło rządzić w ramach prawicowej koalicji najpierw będzie musiało stracić część swoich wyborców.
Paradoksalnie to nie opozycyjny PiS, ale Koalicja Obywatelska, jeżeli chce wygrać, powinna bardziej zadbać o sprawczość, bo sama konsolidacja partii to trochę za mało na przekonanie do siebie wyborców. Zwłaszcza że nie są oni zawiedzeni ogólną sytuacją gospodarczą państwa, ale brakiem zdecydowanej poprawy jaka miała nastąpić po przejęciu przez koalicję 15 października władzy. Chodzi więc o aspirację, nie zaś o stan faktyczny. Być może pewną szansą dla KO w wyborach za dwa lata jest niezgoda wyborców na przejęcia pełni władzy przez jedną partię. Tak było w przypadku wyborów prezydenckich, gdzie wybór Trzaskowskiego wiązał się z pełnią władzy dla Tuska. Analogicznie, zgodnie z tą zasadą (skoro prezydentem jest Karol Nawrocki), wyborcy mogliby właśnie tym kierować się przy urnach. Z tym że trzeba pamiętać, że wybory parlamentarne w przeciwieństwie do prezydenckich są o wiele bardziej wymagające, bo to rząd realnie rządzi i można go po czterech latach bezlitośnie rozliczać. W przypadku prezydenta nie jest to takie oczywiste, liczy się ogólne wrażenie, ale raczej z kategorii decorum. Tak więc Koalicja Obywatelska jeżeli nie pozbyła się ambicji kolejnej kadencji, musi zewrzeć szeregi i wymyślić na siebie jakiś plan, bardziej wartościowy niż zmiana nazwy.