
Miała być America first (hasło nawiązujące do izolacjonistów sprzed drugiej wojny światowej) i prezydent pokoju, a mamy ministerstwo wojny i doktrynę Donroe. Nie minął jeszcze pierwszy miesiąc 2026r., a już można zdecydowanie przyznać, że jeżeli nie cały rok, to na pewno jego początek należy do Donalda Trumpa, który na zmianę zadziwia i przeraża świat swoimi coraz bardziej osobliwymi deklaracjami, bądź jak w przypadku Wenezueli czynami.
Trump przyznaje bez ogródek, że celem jego polityki nie są liberalno-demokratyczne wartości, ale wprost osiąganie zysków, jak na biznesmena przystało. Stąd powodem wkroczenia do Caracas i aresztowania prezydenta Wenezueli nie była chęć uratowania kraju przed upadkiem ekonomicznym, czy też obalenie reżimu uciskającego tamtejszy lud, ale złoża ropy do których chce odzyskać dostęp, po tym jak firmy amerykańskie utraciły go po wywłaszczeniu w 2007 roku (wówczas jeszcze przez Hugo Chaveza). Nie bez znaczenia jest też ograniczenie wpływów Chin w tej części świata.
Zresztą wiele można Maduro zarzucać jak np. złe zarządzenie krajem, hiperinflację czy korupcję, ale nie to że kieruje grupą narkotykową spod znaku Kartela Słońc (Cartel de los Soles), za co ma stanąć przed nowojorskim sądem. Gdyby chodziło o ochronę obywateli amerykańskich przed napływem narkotyków, to raczej interwencja nie dotyczyłaby Wenezueli, ale Kolumbii (to tam działa najbardziej wpływowy w tej części świata kartel narkotykowy Tren de Aragua) bądź Meksyku, z którego głównie trafia do USA zamieniający ludzi w zombie fentanyl. Choć i te kraje nie mogą czuć się bezpiecznie, z tym że znów nie przez fakt przemytu z ich terytoriów narkotyków, ale w ramach walki z boliwariańską rewolucją (od Simona Bolivara, który w XIX wieku wyzwalał państwa Ameryki Południowej spod władzy kolonialnej, w tym Wenezuelę od Hiszpanii) na terenie Ameryki Południowej, z którą Trumpowi nie po drodze, bo kieruje się socjalizmem, a więc państwowym nacjonalizmem gospodarczym, co jak wyżej nie przynosi korzyści ekonomicznych Ameryce. Gdyby zaś chodziło o obalenie reżimu Trump nie pozwoliłby na to, by krajem kierowała dotychczasowa wiceprezydent, tylko raczej ktoś z opozycji, jak np. laureatka Pokojowej Nagrody Nobla Marina Corina Machado. Z tym, że Trumpowi nie zależy na demokratycznej transformacji kraju, ale o uczynieniu z niego protektoratu Stanów Zjednoczonych, coś na wzór Kuby sprzed rewolucji Fidela Castro w 1959 roku. Zresztą ten kraj jest drugi w kolejności do interwencji. Gdyby się to Trumpowi udało, dokonałby czegoś co nie udało się jego poprzednikom, od Kennedy’ego przez Reagana na obydwu Bushach kończąc i zostałoby odtrąbione jako wielki sukces.
W tym roku będziemy obchodzić 250. rocznicę podpisania Deklaracji Niepodległości. Trump, jak na megalomana przystało, wielokrotnie deklarował, że jest najlepszym prezydentem w historii USA. Jednak, żeby to udowodnić, musi czegoś dokonać i do tego m.in. potrzebna jest mu Grenlandia. A skoro nie otrzymał Pokojowej Nagrody Nobla, to też jak zaznaczył w liście do premiera Norwegii, pokój nie jest czymś, o czym wyłącznie myśli. Jego głównym celem jest zakup Grenlandii, stąd dążenie do przekonania Duńczyków do sprzedaży wyspy. Jak w przypadku Alaski, którą Amerykanie odkupili od Rosjan w 1867r. Problem polega na tym, że Dania nawet gdyby chciała, a nie chce, nie mogłaby tego zrobić ze względu na umowę z 2009r., przyznającą Grenlandii prawo do samostanowienia. Tym bardziej, że wszystko wskazuje na to, że mieszkańcy wyspy nie podzielają wizji Trumpa. Podobnie zresztą jak większa część amerykańskiej opinii publicznej, a także Kongres, który musiałby po pierwsze zgodzić się na zakup, a po drugie wydzielić w ustawie budżetowej na to środki, ponieważ to on wyłącznie decyduje o przekazywania funduszy federalnych. Zajęcie Grenlandii siłą również byłoby szaleństwem, oprócz tego że pogwałceniem prawa międzynarodowego. Z tym, że nie to, tak jak i nie NATO powstrzymują Trumpa od tego typu decyzji, ale znów, amerykański Kongres, który mógłby wszcząć procedurę impeachmentu (już trzecią w przypadku tego prezydenta). Byłoby to tym bardziej niebezpieczne, że w tym roku odbędą się wybory cząstkowe (Midterm), a w wyniku działań prezydenta, nie tylko polityki zagranicznej, ale także wewnętrznej jak choćby utrzymująca się drożyzna, problemy z ochroną zdrowia, brutalna polityka dotycząca imigrantów vide ICE, a także wzbudzające kontrowersje akta Epsteina, Partia Republikańska traci poparcie, istnieje więc duża szansa na przejęcie Kongresu przez Demokratów. Stąd też członkowie administracji Trumpa deklarują, że podbój Grenlandii nigdy nie był realnym scenariuszem, a jedynie retoryką.
Trump teoretycznie również wycofał się ze swojego stanowiska w kwestii Grenlandii. Zrobił to po rozmowie z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte na szczycie w Davos, co jednak nie uspokaja Duńczyków. Po pierwsze dyskusja odbyła się ponad ich głowami, a po drugie nie znamy konkretów owego porozumienia. W końcu jak przystało na dewelopera, Trump uważa że żeby bronić jakiegoś terytorium należy najpierw posiadać akt jego własności. Z przecieków, które przedostały się do mediów wynika, że rozmowa dotyczyła m.in. rewizji umowy z 1951r. (która niemal od początku nie zadawalała żadnej ze stron, kontrowersje wzbudzała np. chęć rozmieszczenia tam broni jądrowej podczas ziemnej wojny przez Eisenhowera) i przyznania Amerykanom suwerenności nad częścią terytorium, na których mogłyby powstać bazy wojskowe.
No i ostatni punkt show – crème de la crème, czyli Rada Pokoju – nowo założona przez Trumpa organizacja mająca być przeciwwagą, albo nawet zastępować Organizację Narodów Zjednoczonych. Według Trumpa ONZ w wyniku rozbieżnych interesów od dawna nie jest już skuteczne, a poza tym zajmuje się tematami, które według niego nie powinny godzić w interesy suwerennych państw, jak polityka migracyjna czy klimatyczna. Sama koncepcja Rady Pokoju powstała w październiku poprzedniego roku, wtedy gdy trwały negocjacje dotyczące Bliskiego Wschodu. W proponowanych 21 – punktach znalazł się ten o utworzeniu Rady Pokoju, czyli międzynarodowego ciała, które do czasu ustabilizowania się sytuacji miało zarządzać terytorium Gazy.
Wówczas chodziło o wąskie terytorium Strefy Gazy, teraz o cały porządek światowy. Już ingerencja Trumpa w Wenezueli była kontrowersyjna, bo w pewien sposób zalegalizowała takie działania jak np. zaatakowanie Ukrainy przez Putina, który podobnie uważa że miał do tego prawo. Skoro liczy się siła, a nie umowy, to silniejszy decyduje o porządku świata, podobnie jak w 1945 roku, kiedy trzy mocarstwa podzieliły się strefami wpływu, a po środku Europy stanął mur oddzielający dwa obozy zimnej wojny, albo po kongresie wiedeńskim. Teraz zapewne tymi decydentami byłyby Chiny, Rosja, Stany Zjednoczone, Japonia i Indie, czyli format państw C5, który Trump jakiś czas temu zaproponował. Niepokojące, ale i przewidywalne jest to, że nie ma wśród nich Europy.
Rada Pokoju miałaby być zarządzana przez Trumpa jako dożywotniego przewodniczącego, czyli nawet wtedy kiedy nie będzie już prezydentem USA, a więc być de facto sprywatyzowaną osobową instytucją. Zgodnie z jej statusem Trump może sam ustąpić i wyznaczyć swojego następcę, albo może to zrobić jednogłośnie Rada Wykonawcza, której skład sam powołuje. To on ma też decydować kto do niej przystąpi, bądź zostanie wyrzucony.
Zaproszenia zostały wysłane do około 60 państw, w tym właśnie do Chin i Rosji, a samo członkostwo nie jest stałe, ale wygasa po okresie trzech lat. Po tym czasie trzeba zapłacić miliard dolarów, zapewne dlatego, że Rada Pokoju nie została powołana przez Prezydenta USA, na co ten musiałby uzyskać zgodę Kongresu (co jest mało prawdopodobne), ale jest niezależnym od sprawowanej funkcji autorskim pomysłem Donalda Trumpa. Jednak jak na razie niewiele państw, które otrzymały zaproszenie zamierza dołączyć do ,,sprywatyzowanego ONZ”, chęć uczestnictwa odrzuciły Francja, Niemcy, Wielka Brytania czy Hiszpania, zapewne dostrzegając absurdalność nowej międzynarodowej instytucji.
Zwłaszcza, że istnieje obawa, że Rada Pokoju w jej obecnym kształcie miałaby nie tyle strzec pokoju na świecie, ile dążyć do zmiany porządku międzynarodowego. I tutaj wraca doktryna Donroe, jak sam ją określił lokator Białego Domu. Nazwa oznacza kontynuowanie przez Donalda Trumpa polityki Jamesa Monroe, czyli piątego prezydenta USA, który zapoczątkował erę izolacjonizmu od polityki europejskiej i dawał sobie przyzwolenie, ze względu na bezpieczeństwo Stanów Zjednoczonych, na ingerencję w państwach Ameryki Łacińskiej jako swojej strefie wpływów, tzw. zachodniej hemisferze. Dokładnie chodziło w niej o to, że jeżeli terytorium w pobliżu Stanów Zjednoczonych należy do państwa, które nie potrafi nim skutecznie nadzorować, to USA w imię bezpieczeństwa ma prawo je zająć.
Problem polega na tym, że świat w którym funkcjonował Monroe wyglądał zupełnie inaczej. Ameryka na początku XIX wieku nie miała pewnych granic, nie istniały umowy międzynarodowe, a Stany Zjednoczone nie były wówczas potęgą. W koncepcji Monroe chodziło o zapewnienie bezpieczeństwa kruchemu wówczas państwu tak, by kraje Starego Kontynentu nie kolonizowały Nowego Świata. Trump natomiast kieruje się zupełnie innymi pobudkami, to on chce kolonizować, bądź uzależniać strategicznie, kulturalnie i ekonomicznie wybrane przez niego terytoria, czego przykładem jest Grenlandia. Wyspa, która jest autonomicznym terytorium przynależącym do Dani, czyli sojusznika NATO i sygnatariusza umowy z 1951r. gwarantującej obecność na jej terytorium amerykańskich baz. W tym kontekście koncepcja w takim kształcie Rady Pokoju wzbudza niepokój, bo brzmi orwellowsko, zresztą tak jak Narodowa Strategia Bezpieczeństwa (NSS).
Trumpowi zatem bliżej do polityki innych prezydentów USA, jak William McKinley czy Theodore Roosevelt. Ten pierwszy w wyniku wojny z Hiszpanią przejął kontrolę nad Kubą, Filipinami czy Porto Rico, a także zaanektował Hawaje (na co dostał też zgodę Senatu). To również za jego prezydentury zrodziła się idea przekopu kanału w Ameryce Środkowej w ramach polityki tzw. otwartych drzwi, czyli stworzenia warunków do otwartego handlu z Chinami. O ile McKinley był ostrożny w polityce zagranicznej, o tyle jego następca nie miał zahamowań. Teddy Roosevelt otwarcie dążył do ekspansji, co miało umożliwić Stanom Zjednoczonym dołączenie do światowego koncertu mocarstw. Zerwał z izlolacjonizmem (polegającym na utrzymywaniu kontaktów handlowych, nie politycznych, z krajami trzecimi, co zapoczątkował jeszcze G. Washington), a gdy Kolumbia odmówiła sprzedaży Panamy wzniecił bunt (Rewolucyjna Junta Patrotyczna) kierowany przez rezydującego tam konsula USA – Hezekiaha Gudgera. Po oderwaniu Panamy od Bogoty rozpoczął budowę Kanału Panamskiego, oddanego do użytku w 1914r. To również Roosevelt, pomimo drapieżnej polityki otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla, o czym marzy obecny lokator Białego Domu.
Stany Zjednoczone od zakończenia II wojny światowej były gwarantem porządku liberalno – demokratycznego. Podczas szczytu w Davos Trump ogłosił, że stary świat już nie funkcjonuje. To, co zdaje się proponować to ład wielocywilizacyjny i powrót do XIX-wiecznej polityki, w której to nie międzynarodowe umowy, ale mocarstwa za pomocą siły decydują o porządku światowym. Stany Zjednoczone już wcześniej dokonywały interwencji na świecie, nie zawsze słusznych, jednak nigdy nie usprawiedliwiały swoich działań w tak bezpośredni sposób. Zazwyczaj chodziło o szerzenie liberalnej demokracji, obronę praw człowieka czy walkę z terroryzmem. Donald Trump zdaje się nie przejmować konwenansami, zresztą tak jak i umowami międzynarodowymi, a zapytany o to, co go w polityce ogranicza, odpowiada że ,,własna moralność”, czyli możemy być gotowi na wszystko, czego dowodem jest ostatni rok drugiej kadencji 47. Prezydenta USA.