Data napisania:14.07.2020

Stało się. Wybory prezydenckie 2020 z niewielką przewagą wygrał Andrzej Duda. W związku z tym mamy drugiego prezydenta w historii III Rzeczpospolitej, który będzie przez kolejną z kolei kadencję strzegł tak zwanego żyrandola. Pierwszym, któremu się to udało był Aleksander Kwaśniewski, ale scena polityczna od tamtego czasu uległa tak znaczącej zmianie, że można śmiało mówić, że to prehistoria.

Poziom polaryzacji w Polsce jest na niespotykanym dotychczas poziomie. Podział poparcia pomiędzy obydwoma kandydatami przecina Polskę niemal na pół, a różnica w głosach dotyczy 2 punktów procentowych, czyli jakieś ponad 400 tys. głosów. Urzędujący prezydent w Polsce zazwyczaj cieszy się dużą popularnością, dlatego ma ułatwiony start w kampanii prowadzącej do drugiej kadencji. Popularność jednak może okazać się zgubna o czym świadczy przykład Bronisława Komoroskiego. Pięć lat temu był tak pewien zwycięstwa, że w konsekwencji przegrał. Obecny prezydent nie pozwolił sobie na bierność i to zaprocentowało. Dobry wynik jest rezultatem, bądź co bądź, dobrze prowadzonej kampanii. Pomijając wsparcie telewizji publicznej, wliczając peany na cześć Dudy i snucia alternatywnej rzeczywistości, w której Polska rządzona przez Trzaskowskiego staje się wasalnym podnóżkiem Angeli Merkel pod flagą tęczową, to trzeba przyznać, że mobilizacja była niebywała. Prezydent, zakładając, że utrzyma swój twardy elektorat, miał mniej głosów do pozyskania. Tutaj bardziej newralgiczne było przekonanie nowych wyborców, szczególnie na wschodzie Polski, którzy w wyborach parlamentarnych bardziej ochoczo udawali się do lokali wyborczych. Stąd wizyty do lokalnych miejscowości, by wspomnieć tu Łomżę, Augustów czy Suwałki i nie łagodzenie przekazu, trzymanie się konserwatywnego dyskursu, jak gwarancja utrzymania tradycyjnej rodziny wolnej od propagandy LGBT itp. Choć większą część elektoratu pozostałych kandydatów, którzy nie dostali się do drugiej tury, mógł pozyskać Rafał Trzaskowski, to w pierwszej kolejności musiał on nadgonić różnicę, która była między nim a Andrzejem Dudą po pierwszej turze. Elektorat prezydenta Warszawy to w głównej mierze ludzie, którzy nie tyle go popierają, co głosują przeciwko obecnemu prezydentowi. Taki stan rzeczy może być rezultatem prowadzenia polityki przez PO, która swój główny przekaz buduje nie tyle o ciekawy program, co na sprzeciwie i kontestacji partii rządzącej. W skrócie ,,nie mamy alternatywy dla programów socjalnych, ale jeżeli nie my, to Kaczyński urządzi tu autorytaryzm, zniszczy demokrację” itp. Prawdopodobnie błędem było też nie wystąpienie w Końskich, chociaż raczej nie wpłynęłoby to jakoś znacząco na ostateczny wynik.

Bardzo wysoka frekwencja wyborcza, porównywalna z tą z 1995 roku, może wynikać między innymi z dwóch różnych wizji Polski, a przynajmniej taki przekaz próbują narzucić nam media głównego nurtu i prominentni politycy jednej i drugiej strony. Oprócz skrajnie rozbieżnych przekazów, ta różnica nie jest znowu aż tak duża, o czym mielibyśmy szansę się przekonać, gdyby doszło do prawdziwej debaty. Zasadnicze różnice, które ewentualnie występują pomiędzy nimi, to podejście do węgla, polityki zagranicznej i sądownictwa . Rafał Trzaskowski w swoich przedwyborczym obietnicach zapowiadał zmianę polityki energetycznej w postaci odejścia od węgla do 2030 roku. Andrzej Duda natomiast strzegł polskiego górnictwa, obrazowo deklarując niedopuszczenie do jego zamordowania. Silna Polska, według prezydenta Warszawy, to silna Unia Europejska i dobre kontakty z sąsiadami, szczególnie z Niemcami, naszym głównym partnerem gospodarczym. Duda, co wymownie zaznaczył w trakcie kampanii prezydenckiej, udając się z wizytą do prezydenta Donalda Trumpa, za strategicznego partnera Polski w polityce zagranicznej uważa Stany Zjednoczone. Pozostaje jeszcze inne podejście do wymiaru sprawiedliwości, począwszy od Trybunału Konstytucyjnego, poprzez Krajową Radę Sądowniczą, na Sądzie Najwyższym kończąc. Jedni nic nie robili w tej kwestii, inni zreformowali, ale zmiana głównie dotyczyła personaliów. Podwyżki wieku emerytalnego, nie dlatego, że jest to słuszne, ale niepopularne w społeczeństwie, nie popiera żaden z kandydatów, choć Trzaskowski jednak zachęca obywateli do dłuższej pracy. I na tym podstawowe różnice się kończą, reszta służy tylko kalkulowaniu zwycięstwa poprzez dzielenie społeczeństwa. Zaczynając od LGBT, poprzez prawo do aborcji, na eutanazji kończąc, różnica leży jedynie w dialektyce, nie w realnym działaniu.

Podsumowując Andrzej Duda wygrał w sześciu województwach, głównie w mniejszych miejscowościach. Zagłosowali na niego ludzie starsi, często z wykształceniem podstawowym. Rafał Trzaskowski mógł liczyć na mieszkańców większych miast, ludzi młodych i osoby z wykształceniem wyższym. I jeżeli można mówić o jakimkolwiek zwycięstwie prezydenta Warszawy, to jest to umocnienie Platformy Obywatelskiej na stronie opozycyjnej, która bez zmiany kandydata, chyliłaby się pewnie teraz ku upadkowi. Bardzo możliwe, że Platforma po wielu porażkach, próbach i błędach odnalazła w końcu przywódcę na miarę Donalda Tuska. Poza tym zyskuje on jako ten, który niemal pokonał Prawo i Sprawiedliwość, co nie udało się Platformie przez kolejne wybory, czy to samorządowe czy kolejne z rzędu parlamentarne, no może z wyjątkiem odbicia Senatu, dlatego zważając że poparcie utrzyma się na podobnym poziomie, ma ogromne szansę by wygrać za kolejne pięć lat, gdzie PiS będzie zmuszone wystawić na to stanowisko kandydata bez wypracowanego prezydenckiego poparcia. To wizje przyszłości. Jeżeli chodzi o tu i teraz, to druga kadencja będzie sprawdzianem dla Andrzeja Dudy. Czy nie mając nic do stracenia, będzie kontynuował służalczą politykę wobec naczelnika państwa czy odważy się na niezależność i zatrze w jakiejś mierze złe wspomnienia z poprzedniej kadencji? Czas pokaże.